|
|
| |
|
 |
Zima w Zimbabwe |
|
|
Marek
Glodek, Plumtree |
| |
|
Bardzo serdecznie
pozdrawiam z Zimbabwe
Tutaj zaczynaja sie powoli chlodne miesiace, bo zbliza
sie zima. No tak, ale jaka to zima w Afryce? A jednak!
Pierwsza afrykanska zime przezylem rok temu, jeszcze w
Harare. Oczywiscie, temperatury nie sa tak niskie jak
w Polsce, ale czasami zimno odczuwa sie bardzo
dotkliwie, a to dlatego, ze w dzien termometr pokazuje
25 stopni, noca zas temperatura potrafi spasc ponizej
zera. Najzimniejsze miesiace to czerwiec i lipiec.
Nawet te 25 stopni za dnia to wcale nie za duzo jak na
Zimbabwe. Bardzo czesto zimowa pora wieje bardzo zimny
wiatr, ktory nie pozwala na rozgrzanie nikogo i
niczego.
Jezeli snieg spadnie w gorach Poludniowej Afryki, to
juz nawet za dnia nie bedzie 25 stopni. Wszyscy mi
mowia: "Ty jestes z zimnego kraju, dla ciebie to nic
nowego" i nie rozumieja, dlaczego nosze takie same
grube swetry jak ani. Tylko czapki i rekawic jeszcze
nie zalozylem. Jestem nieco rozczarowany klimatem w
tej czesci Afryki.
|
Tutaj nie ma
ogrzewania
Trzeba tez pamietac, ze tutaj nie ma ogrzewania w
pomieszczeniach, wiec sami rozumiecie... W wioskach
pali sie ogniska wewnatrz domow. Afrykanska chata to
okragly budynek, przykryty dachem zrobionym z trawy,
bez okien, tylko drzwi wejsciowe i maly przeswit
miedzy zadaszeniem i sciana. Palace sie na srodku
ognisko jest zrodlem swiatla i ciepla. Oczywiscie
wewnatrz jest duzo dymu, wiec po paru minutach
jestesmy zaplakani i musimy wychodzic na zewnatrz.
Afrykanczykom zas dym nie przeszkadza. Mebli nie ma;
sa tylko polki w scianach, uformowane podczas budowy
chaty. Czasami stoi jakies lozko, ale czesciej do
spania rozklada sie maty na ziemi. Podloga jest
betonowa. Chaty buduje sie po dwie-trzy w jednym
ogrodzeniu - rodzina mieszka razem. Obecnie mozna tez
spotkac kwadratowe domy z okienkami, jednak wiekszosc
chat buduje sie tradycyjnie. Wokol biegaja chude psy,
jakies kury i wszechobecne kozy. Podworka wysypane sa
piaskiem, zawsze czyste, zagrabione i bardzo schludne.
Moglem przyjrzec sie z bliska zyciu w buszu, poniewaz
nasz program nauki jezyka obejmuje rowniez mieszkanie
w wiosce. Ja jeszcze tego nie doswiadczylem, ale o.
Maciej Malicki SVD, z ktorym przylecialem do Zimbabwe,
ostatnie dwa tygodnie spedzil w buszu, mieszkajac z
ludzmi. Kiedy go odwiedzilem, mialem okazje zobaczyc,
jak wyglqda zycie przecietnego mieszkanca Zimbabwe.
Szczerze mowiac, takich rzeczy nie oglqdalem nawet na
filmie - trudno uwierzyc, ze ludzie moga tak zyc.
Kiedy po raz pierwszy przyjechalem do o. Malickiego,
pierwsze wypowiedziane zdanie brzmialo: "Jak ja bym
cos zjadl". Podstawowym pozywieniem jest tzw. sadza,
czyli maka kukurydziana ugotowana z woda i olejem, no
i wolowina. Mieso, nawet jesli jest, bardzo trudno
ugotowac na ognisku, a niedogotowana "krowe" bardzo
trudno pogryzc. I choc rodzina, u ktorej mieszkal o.
Maciej, starala sie bardzo, to zjedzenie
niedogotowanego miesa bylo fizyczna niemozliwoscia. A
jada sie raz dziennie. Odwiedzalem mojego wspolbrata
dosc czesto, zeby go dokarmic i podniesc na duchu.
Przebrnal przez to doswiadczenie zwyciesko.
|
Jezyk klikania i
mlaskania
Rozpisalem sie o afrykanskiej wiosce, a nie
wspomnialem, dlaczego tu jestem. Otoz po
trzymiesiecznym pobycie w Bulawayo, gdzie pracowalem w
parafii w ramach praktyki jezyka angielskiego,
przenioslem sie do Plumtree - malego miasteczka
polozonego 100 km od Bulawayo i 10 km od granicy z
Botswana. Liczy ono ok. 8 tys. mieszkancow. Sa tu dwie
szkoly podstawowe i srednie, kilka piekarni i sklepow,
mlyn, szpital - i to wszystko. W centrum stoja male
domki - to miasto, a kilka kilometrow dalej zaczynaja
sie juz wioski bez pradu i wody.
Przyjechalem tu na poczatku maja i wytrwale ucze sie
jezyka ndebele. Jak zapewne niektorzy z was wiedza, w
Zimbabwe ludzie posluguja sie dwoma jezykami: na
polnocy uzywa sie jezyka shona - 80% populacji, a na
poludniu ndebele - 20%. Werbisci pracuja jak na razie
z ludnoscia Ndebele – potomkami Zulusow, ktorzy
przywedrowali tu z RPA. Ndebele to ciekawy jezyk, w
ktorym wystepuja tzw. kliki, czyli cmokniecia, mlaski
itp. dzwieki. Poczatkowo nie jest prosto opanowac
wymowe. Kiedy siedze z nauczycielami i probuje,
sprawiam im wiele radosci. Oni slysza roznice, dla
mnie wszystko brzmi podobnie. Prawde mowiac sa tylko
trzy kliki - tego sie juz nauczylem: raz jezyk kladzie
sie na zebach, raz na podniebieniu, a raz tak, zeby
dotykal od wewnatrz do policzka.
Poza normalna praca duszpasterska, obejmujaca kosciol
w stacji glownej i ok. 30 stacjach dojazdowych,
funkcjonuje tu rowniez wydawnictwo "Ilizwi", w ktorym
sie drukuje wszystko w jezyku ndebele. Powstaje tez
Centrum Biblijne, a w planach jest jeszcze kilka
innych projektow, ale o tym kiedy indziej napisze.
Tak sie sklada, ze jest nas w Plumtree trzech Polakow
- werbistow: o. Krystian Traczyk i o. Rafal Sojka -
obaj z Katowic, no i ja. Przy takiej liczbie stacji
dojazdowych w tak skromnej obsadzie niemozliwa jest
praca bez zaangazowania swieckich. To ani prowadza
modlitwy, pogrzeby, nabozenstwa i czuwaja nad duchowa
formacja ludzi w wioskach. Do Plumtree przyjezdzajq co
kilka tygodni na kursy biblijne i ucza sie, jak
prowadzic male wspolnoty. Raz w miesiacu w kazdej
stacji dojazdowej jest Msza sw.
|
80 kilometrow do
sklepu
Poza tym, poniewaz sytuacja w Zimbabwe jest bardzo
trudna - brakuje podstawowego pozywienia, czyli sadzy
- misja zaopatruje wioski w ziarno badz make
kukurydziana. To koniecznosc w Zimbabwe, gdyz ludzie
gloduja. Przed sklepami stoja ogromne kolejki
czekajqcych na meal-meal, tj. make kukurydziana.
Trzeba pamietac, ze niektorzy maja do sklepu 80 km.
Rozwozimy wiec zywnosc, ktorej zdobycie i dla nas
niejednokrotnie jest bardzo trudne. Najczesciej
odbieramy ja prosto z mlyna. Ludzie nie protestuja, bo
wiedza, ze to nie dla nas - my tego nie jemy. Mozna
kupic inne produkty, ale jesli nie ma meal-meal, to
jest podobnie jakby nam zabrano chleb. Poza tym
wszystko inne jest za drogie.
Dzieciom rozdaje sie napoje z witaminami. Sa one w
gorszej sytuacji, gdyz najpierw jedza dorosli, a
dopiero pozniej dzieci. O. Krystian wymyslil sposob na
dozywianie dzieci - sprowadza napoje z witaminami,
ktorych dorosli nie pija, wiec nie zabiora dziecku.
Napoje rozdaje sie w szkolach.
Moze obraz, jaki sie wylania z tego opisu, nie jest
zbyt pochlebny dla doroslych mieszkancow Zimbabwe, ale
taka jest tu tradycja i kultura, uformowana przez
wieki. Zeby nie pozostawic zlego wrazenia, chce
podkreslic, ze generalnie ludzie w Zimbabwe sa bardzo
przyjacielsko nastawieni do obcych i siebie nawzajem.
Choc zawsze tak twierdzilem, tu w Plumtree doswiadczam
tej zyczliwosci jeszcze bardziej niz w Bulawayo czy
Harare.
¶
.. |
| |
|
 |
Spotkanie polskich werbistow |
|
| |
|
Jest bardzo rano
Kolorow jeszcze nie ma a my juz w drodze na spotkanie
polskich werbistw (z Botswanay, Zambi i Zimbabwe) 2007.
Tradycyjnie po swietach spedzamy pare dni razem.
Niektorzy tak wymeczeni swietami, ze spia wciaz:-)
W tym roku Namibia, plan uroczy ale dziki: tam i
spowrotem to 4 tys km do przejechania. Wydmy pustyni
Namib wpadajace do oceanu nas wzywaja (choc mnie
bardziej ciagne te paralotnie, ktorymi prawdopodobnie
tam mozna polatac.)
Wiec jest rano, wyborne towrzystwo, samochod pelen
zapasow, muzyczka skoczna gra. Godzine temu
wyjechalismy z Ghanzi (to jest w Botswanie, okolice
pustyni Kalahari:-)) od Rudka i Maly nas wiezie do
granicy z Namibia. Plasko tu jest nieslychanie. Bardzo
plasko. Dobrze, ze Kopernik sie nie urodzil w
Botswanie:-)
Szybko sie jechac nie da bo tu tyle zwierzakow (bydlo
domowe) lazi po drogach jakbysmy jechali przez ... (nie
przychodzi mi do glowy zadne porownanie ukazujace jak
pelno tu tego bydla. Myslalem cos w stylu: jak na hali
pod Gubalowka, ale nie wiem czy sa hale pod Gubalowka
a jesli tak, to czy tam gorale pasa tysiace owiec i
czy te owce tak laza itd.)
Skrecilismy w lewo jak nakazywal drogowskaz z napisem
Nambia. Jeszcze jakies 200 km do granicy.
|
Namibia
Pierwszy raz! Choc rzecz ujmujac dokladnie to 2-gi bo
kiedy lecielismy pierwszy raz do Zimbabwe to nagle
samolt obnizyl lot i wyladowal w jakims pustkowiu co
sie potem okazalo miedzynarodowym portem lotniczym w
stolicy Namibi, Windhoek. I tak zobaczylismy Afryke
pierwszy raz. Niestety (mimo usilnych blagan) nie
pozwolili nam wyjsc!
Przekroczylismy granice w Mamuno. Teraz mozna
popatrzec na mape: granica jak od linijki!!! Ale
krajobraz sie zmienil, kolory jakby inne i sie troche
pofaldowala okolica. Droga porzadna, choc ciut wezsza
niz w Botswanie. Placac za przejazd sie okazalo, ze
mozna tu wszedzie placic randami RPA-nskimi w
przeliczniku 1:1 do dolara namibijskiego (to byla
uwaga praktyczna dla podroznikow.)
Wino sie leje, muzyka gra, zadne krowy nie chodza!!
Ani jednej!!! (pozwole sobie na pewien przypisek teraz:
jedna z ogolnych prawd o Afryce jest fakt, ze
hipopotamy, ze wszystkich zwierzat, sa przyczyna
najwiekszej ilosci przypdkow roznych nieszczesliwych,
w ktorych zostaja ranni lub gina tak miejscowi jak i
turysci. Ale mi sie cos wydaje, ze
najniebezpieczniejsze sa jednak krowy i osly jako
przyczyny naprawde czestych wypadkow drogowych. W nocy
czarna krowe, nawet jadac na dlugich swiatlach,
zauwazasz dopiero jak wpada do srodka samochodu.)
Jedziemy do stolicy.
|
Pierwsze namibijskie
miasteczko
Dokladnie tak jak ludzie gadali: tu jest jak w
Niemczech; czysto, kolorowo, nawet krawezniki
pomalowane. Kolorowe ubrania kobiet Herero ('Z deskami
na glowach?!' - Maly skomentowal tradycyjny ubior),
wielu malych buszmenow. Sielski obrazek rozwalaja
dzieciaki zebrzace i grzebiace w koszach.
Jedziemy dalej. A widoki piekne i wieeeelkie takie.
Sam dojazd do stolicy to urokliwa serpentyna wsrod
urokliwych i calkiem sporych wzgorz. Jestesmy w
Windhouk. Pierwsze wrazenie zupelnie nieafrykanskie:
ladnie, czyste i kolorowe. Dziwne....
Potem sie to wrazenie poglebia.
Windhouk to szok
'To w Afryce moze byc normalnie?!', 'Botswana to bida!',
'Nawet chleb pumpernikiel maja!', 'Trzeba im tu
Mugabego przyslac, niech to rozwali:-)' - ot taka
garsc komentarzy wspolbraci.
Ale jednak jest to Afryka bo jechalismy ul. mugabego a
potem skrecilismy w ul. fidela castro......
I sa tu 2 KFC.
Miasto pieknie polozone, miedzy gorami. Na moje
szczescie, zle oznakowane wiec zwiedzilismy je
dokladnie zanim znalezlismy wyjazd na Swakopmund. To
jest 300 km stad i tam pustnia wpada do oceanu. Trudno
sobie tu pustynie wyobrazic....
|
Jedziemy do Swakopmund
Gory piekne. Roslinnosc przedziwna i kolorowa. Nagle
zrobilo sie plasko. Krzaki jakies takie suche. Trawa
znikla i szare piasko-skalki jakies takie pokryly
wszystko. Ksiezyc!!!
Wszystko co mi sie chce to wysiasc i isc daleko od
asfaltu. Zew pustyni jakis czy cos?:-)) To pewnie
dlatego, ze to tak inne od wszystkiego co widzialem.
To jest ..... wielkie nic. Pustka jakas to jest. Jak
czysta czern na obrazie.
Ale jak slonce zachodzilo!!! Najniezwyklej zwykle.
Zanim dotknelo horyzonty to sie jakby stopilo.
Kiedy wysiedlismy z samochodu w srodku tej pustki
zapachnialo morzem. Jak w Sopocie na molo. Jestesmy
blisko celu.
Potem szybko zrobilo sie ciemno i ..... zobaczylismy
tysiace swiatel w oddali. Swakopmund.
Fajne misteczko, poniemieckie kamieniczki z poczatku
wieku jak w Lidzbarku Warminskim (Slawek stwierdzil a
jest z Lidzbarka) tylko takich fajowych palm w
Lidzbarku nie ma:-)
Za chwile idziemy do latarni morskiej na kolacje.
Wstalem rano (Maly chrapal) zobaczyc czy ocean jeszcze
jest. Jest. Fajny. Mocno sfalowny:-) Potem spacerek
przez miasto i zadziwienie miejscem sie poglebia. To
nie moze byc kawalek Afryki wcisniety miedzy pustynie
i ocean!! To jest skrzyzowanie Zakopanego z Sopotem (kolejne
niedoskonale porownanie ale autor sie stara:-), tylko
ulice szersze.
|
Quadami po pustyni
jezdzilismy!!! A wydmy ze 100 m wysokie. I to jest
nieopisywalne!!!!! UUUUUUUUU!!!!! Brad Pitt jezdzil
juz 13 razy (a Angelina tez tam byla i wisi jej
zdjecie w biurze i Rudek sie zapytal czy nasze zdjecia
tez tam powiesza?)
Polatac sie nie dalo. Jest czym latac (spadochron,
balon, paralotnie, awionetki) ale czasu nie ma...
A teraz jedziemy wzdluż brzegu oceanu, po najwiekszej
piaskownicy swiat czyli pustyni Namib, odwiedzic foki.
Ponoc sa ich tam tysiace.
Tankujemy. Gosc sie mnie pyta:
- Where are you from?
- From Poland
- Ok, Holand! Macie ten dziwny jezyk, mix angielskiego
i africaans.
Dojechalismy do koloni fok. Mialo ich byc duzo a byly
setki tysiecy!!!!! widok szokuje. a smrod jeszcze
bardziej:-)))
Jeszcze obiad na plazy i jedziemy do Walvis Bay.
Teraz sobie wyobraz, Drogi Czytelniku; ocean,
zachodzace slonce maluje wode jak najlepszy
impresjonista a w tej feeri barw brodza setki
bialo-rozowych flamingow i innego ptactwa. Slonce
tonie, wszystko zaczyna sie srebrzyc i zlocic…
Otoz tego nie widzielismy ale mielismy to zobaczyc -
spoznilismy sie i w jednym miejscu ogladalismy zachod
slonca nad oceanem a potem podjechalismy kawalek dalej
do flamingow.
A spoznilismy sie przez tony piachu. Romek zabral nas
do jakiejs najwiekszej wydmy na swiecie. Ogroooooomna!
A ze podjechalismy od strony, ktora byla w cieniu (a
slonce bylo juz nisko) to dla dobra zdjec trzeba bylo
szybko sie tam wdrapac a ten piach sie zsuwa i zsuwa i
brak tchu a do szczytu daleko i sie zsuwa ten cholerny
piach. Wydmy sa wredne. I piekne!!!
W Walvis Bay jest polski ksiadz, Kazik. Kolega Khula i
Romka. Wiec odwiedziny, Mszyczka, najsmaczniejsza
galreta na kolacje i dluuuugie rodakow rozmowy.
|
Zaczynamy wracac -
zajmie to 3 dni.
Msza, Rudek ma 10-ta rocznice swiecen.
Postanawiamy pojechac do Windhoek nie asfaltem ale
przez pustynie, ponad 300 km. Zatankowalismy paliwo i
inne paliwa (tylko jak sie za potrzeba zatrzymac jak
tam ani drzew ani krzakow ani trawy nawet:-) Tu jest T
Y L K O piach. Obled.
Nagle nas zatrzeslo. Maly sprawnie wychamowal. Slawek
krzynal: 'Kapec!' i ..... potem Khulu znalazl na
piachu gumowa obrecz, tyle zostalo z opony, ktora
felga wyciela jak nozem. A do konca pustyni jeszcze
daleko:-))Wlasciwie to stalo sie dosc nagle: plaska
jak parapet piaskownica zamienila sie w GORY!!!!
POTEZNE GORY!!! Nie spodziewalismy sie tego zupelnie.
Samochod dostal w kosc poteznie, sprzeglo smierdzialo,
kola buksowaly, hamulcem recznym to sie mozna bylo
wahlowac. W pewnym momencie stanelismy pod taka
stromizma, ze postanawiamy isc pieszo (zeby troche
silnik odciazyc) a Maly bedzie probowal wjechac.
Stromo tak, ze ciezko isc...
Maly wjechal.
5 godz pozniej: jak fajnie sie jezdzi po
asfalcie :-)
Pozegnalismy sie z Romkiem (wraza do Zambi) i
opuszczamy stolice. Kierunek: granica.
Ostatni etap: Francistown (zakupy w Botswanie) -
Plumtree (Zimbabwe). Musze ..... zmienic spodnie! Wiec
teraz bedzie
O modzie
Najpierw o modzie politycznej: w Zimbabwe jest zakaz
noszenia bojowek (modnych ostatnio moro), nawet
krotkich spodni w kamuflazowe plamy nosic nie wolno. A
ostatnio widzialem jak policja scignela goscia, ktory
mial czapke w zielone ciapki.
Wiec zmienilem moje krokie spodnie a 'la (tak to sie
pisze?) US Army i postanowilem sobie kupic nowe bo te,
ktore mam juz stare i jakies takie postrzepione na
koncowkach. Wchodze do sklepu i sa doslownie 2 rodzaje
krotkich spodni (teraz bedzie o 2-giej modzie,
sezonowej): bojowki w roznych wersjach i .... jakies
takie postrzepione na koncowkach! Postanowilem byc
modny a za zaoszczedzone pieniadze kupilem przedluzacz.
¶ |
| |
| |
|
 |
Ciekawe rzeczy |
|
|
|
|
Induku
Jest to taka laska, ktora mozna kogos dobrze pobic.
Kiedys to byla jedna z broni wojownika. Szanujacy sie
mezczyzna kiedy idzie przez wioske, podpiera sie ta
laska, nawet kiedy nie musi. Ta glowka u gory laski
jest dosc twarda i jak dobrze przylozyc to mieksza
glowe mozna by nawet rozbic. Kiedys Mugabe wydal zakaz
noszenia przy sobie jakiejkolwiek broni i mozna bylo
wtedy kazdego mezczyzne podpierajacego sie induku
zaaresztowac.
W tym czasie zaaresztowano jednego ksiedza, bo mial w
samochodzie noz kuchenny.
Mini-kosa
Po angielsku mowia na to
slash. To cos takiego posredniego miedzy sierpem a
kosa. Uzywa sie tego podobnie jak kija golfowego. Nie
moge sie nadziwic, ze z kraju gdzie tysiace ludzi
wymachuja tymi mini-kosami nie ma ani jednego mistrza
golfowego na jakims amerykanskim PGA Tour. Jak na
poboczach drogi miedzynarodowej wyrosnie duzo trawy i
kilkanascie kierowcow rozbije samochody a czasem
siebie o bydlo, ktorego nie widac, to rzad posyla
robotnikow, zeby sobie pomachali tymi mini-kosami i
skosili troche trawy.
Butelka na chibuku
Taka duza i obla, zeby
pilo sie tradycyjnie, czyli powoli. Chibuku to
tradycyjne piwo z prosa o sladowej zawartosci alkoholu.
Inna nazwa na to piwo to shake-shake czyli potrzasnij
- potrzasnij, bo u gory butelki robi sie bardzo gesta
zawiesina. To tzw. piwo jest tak geste, ze mozna je
traktowac jak jedzenie. Dla niektorych mezczyzn
afrykanskich ten posilek - napoj zaczyna sie rano i
konczy kolacja, no i ile mozna sie wtedy nagadac. A
ktos powiedzial, ze plotkarstwo to specjalnosc kobiet.
Trojnozny garniec
Najwspanialszy wynalazek
ludzkiej mysli, podobnie jak w zamierzchlych czasach
trzy kamienie przy ognisku. Taki garniec nigdy sie nie
przewroci, bo ma trzy nogi. Jest bardzo masywny i
wszystko mozna w nim ugotowac. Jak przyjdzie do
pogrzebu, czy slubu, to zbiera sie garnce z calej wsi
i smazy sie cala krowe i pol pola kukurydzy.
Kuchenka sloneczna
A to zupelnie nowy wynalazek chociaz takze do
gotowania. Wymyslili go obroncy przyrody, czyli drzew,
ktore sie spala pod trojnoznymi garncami. Byli to
biali oczywiscie. Jest to taka duuuza metalowa
soczewka, ktora skupia na garnku pokazna ilosc
promieni slonecznych. Problemy pojawiaja sie przy
zachmurzonym niebie, wiec nie tak znowu czesto.
Miotla z trawy
Sluzy oczywiscie do
zamiatania. Nie mozna jednak zamiatac nia wszystkiego,
bo po zamiataniu zawsze zostaje troche trawy. Jeden z
misjonarzy tak sie zafrykanizowal, ze samochod
zamiatal ta miotla i wszyscy sie zastanawiali dlaczego
jest zawsze tyle trawy w samochodzie. Zabrano mu te
miotle raz na granicy, bo nie wolno przewozic trawy z
powodu chorob bydla. Jeszcze inny misjonarz postanowil
zrobic asperges ale z braku innych przyrzadow uzyl do
kropienia miotelki, czym niektorych zgorszyl.
Parafianie jednak nie mieli problemu, bo woda byla
swiecona, a to grunt.
Kobra
Brzmi groznie ale to nie waz, lecz pasta do podlog. Tu
sie podlog nie myje ale zamiata, oczywiscie miotlami z
trawy, a potem sie pastuje. Po wypastowaniu
niesamowicie osiada wszelki kurz, ale co tam,
przynajmniej wiadomo, ze ktos wszedl.
Taboret dla chlopa
Kiedys jeden misjonarz
zapytal: “Dlaczego w kosciolach na wioskach nie ma
mezczyzn?” I sam sobie odpowiedzial: “Bo nie ma lawek!”
Mezczyzna nie moze usiasc na ziemi albo na podlodze,
to robia kobiety, wczesniej rozkladajac chitenge,
czyli wierzchnia warstwe spodnicy. Mezczyzna musi miec
stolek. Co niektorzy wiec oprocz induku przynosza do
kosciola wioskowego stolek.
Chitenge
Czyli wierzchnia warstwa spodnicy. To taki duzy kawal
materialu, ktorym kobiety sie owijaja, a w razie
potrzeby rozkladaja na ziemi, zeby sobie usiasc. Ta
plachta moze byc tez uzyta jako czesc munduru z
wydrukowanymi emblematami kobiecej organizacji
koscielnej. Jest to wtedy taka flaga “noszona inaczej”.
¶
|
| |
| |
|
 |
Zielone bombowce |
|
| |
|
W Zimbabwe wyrosla potworna dyktatura. Jeden czlowiek
opetany zadza wladzy ciagnie do ruiny kiedys piekny i
bogaty kraj. Ekonomia jest juz zupelnie zniszczona;
rzad szuka ciagle sposobow, zeby jeszcze ukrasc, co
tylko zostalo do ukradzenia, przez tworzenie ustaw i
regulacji, ktore sa w jawnej sprzecznosci z
konstytucja. Z jedynej stacji telewizyjnej i kilku
radiowych leje sie strumieniem prymitywna propaganda.
Armia i policja sa na uslugach rzadzacej partii ZANU-PF
nie rozniaca sie w swoich dzialaniach od NSDP albo
KPZR. Sa tez w Zimbabwe dwie grupy wykonujace brudna
robote dla prezydenta: weterani wojenni, z wojny
wyzwolenczej 1980, oraz mlodziezowa, panstwowa
organizacja “Sluzba Narodowa” (National Service),
zwana potocznie “Green bombers”.
Ponizszy tekst pochodzi z materialu przygotowanego
przez niezalezna organizacje i jest to relacja
dziewietnastoletniej dziewczyny zmuszonej do
wstapienia do mlodziezowej “Sluzby Narodowej”
wykorzystywanej przez prezydenta Roberta Mugabe i jego
partie ZANU-PF do walki z przeciwnikami politycznymi.
|
|
Mugabe
z zona
. |
“Moje zycie zostalo
zniszczone. Teraz oczekuje dziecka i nie mam pojecia,
kto jest jego ojcem, poniewaz zostalam zgwalcona przez
bardzo wielu mezczyzn. Mam tez HIV i wkrotce pewnego
dnia i tak umre. Wlasciwie to juz chcialabym nie zyc.
Mysle o popelnieniu samobojstwa, bo nie mam zadnego
powodu, aby zyc.
Do wstapienia do “Sluzby Narodowej” zostalam zmuszona
w listopadzie 2001. Zabrano mnie z chodnika w mojej
dzielnicy gdzie sprzedawalam warzywa. Byla to grupa
okolo 30 osob, ktorym towarzyszyl samochod z napisem
ZANU-PF. Przywiezli mnie do domu, zebym sobie zabrala
swoje rzeczy. Ciotka, ktora ze mna mieszkala
zaprotestowala. Powiedzieli jej, zeby sie zamknela, bo
inaczej spala dom, a ja razem z domem. Potem zabrano
mnie do pobliskiej szkoly gdzie zgromadzono juz jakies
600 osob; dziewczat i chlopcow. Kazano nam wykrzykiwac
slogany na czesc rzadzacej partii ZANU-PF a ja nie
znalam tych sloganow wiec bito mnie kijem. Potem
uczona nas tych sloganow i piesni rewolucyjnych.
Musielismy wstawac o 3.00 rano i biec 20 km kazdego
dnia. Po bieganiu maszerowalismy jak zolnierze az do
9.00 kiedy dawano nam sniadanie; kubek herbaty i trzy
kromki chleba. Nastepny posilek byl miedzy 20.00 a
polnoca w zaleznosci kiedy dotarla zywnosc. Niektorzy
z nas padali ze zmeczenia, glodu i pragnienia. Ci byli
bici; mowiono im, ze udaja. Po dwoch tygodniach
zabrano nas na dwa dni do wiekszego obozu a potem
zawieziono nas do obozu w Bulawayo. Po przyjezdzie
stalismy w sloncu przez dwie godziny. Niektore z
dziewczat zemdlaly. Wtedy wszystkie, okolo 300,
zostalysmy znowu odeslane na tydzien do obozu
treningowego, zeby nas zahartowac. W obozie w Bulawayo
bylam od grudnia 2001 do lipca 2002. Bylo nas tam
okolo 900; jakies 500 chlopcow i 400 dziewczat. Jeden
z weteranow wojennych 1980 byl przywodca calego obozu.
Byla tam tez kobieta, weteranka, ktora przewodzila
dziewczynom.
Jeszcze przedtem, w listopadzie, w szkole, w ktorej
nas trzymano nie bylo nikogo kto by pilnowal sypialni;
bylysmy gwalcone kazdej nocy. Instruktorzy i chlopcy
przychodzili do sypialni w nocy i gwalcili nas; nawet
nie widzielismy kto to. Jesli ktoras z nas krzyczala
byla bita gumowym wezem. Bylysmy tak wystraszone, ze
nie meldowalysmy tych gwaltow. Brama szkolna byla
zamknieta i pilnowana przez weteranow. Dziewczynom nie
wolno bylo zblizac sie nawet do bramy. Przywodca tego
obozu powiedzial, ze gdyby ktora wyszla, to
zaprzedalaby sie MDC, opozycyjnej partii.
W glowny obozie, gdzie przebywalismy przez siedem
miesiecy, wszystkie dziewczyny spaly w wielkiej sali i
zadna nie mogla wyjsc. Sala nie byla zamknieta i
chlopcy mogli w nocy przychodzic kiedy tylko chcieli i
gwalcic kogo chcieli. Najmlodsza dziewczyna miala 11
lat i tez byla stale gwalcona. Bardzo szybko
zachorowala na chorobe weneryczna. Kiedy nasza
opiekunka zareagowala od razu zagrozono jej biciem.
Weteran-przywodca nie zareagowal, bo sam tez ciagle
gwalcil dziewczyny. Mial szczegolne upodobanie do
czterech z nas; dwie mialy po 15 lat, jedna 16 a
czwarta 17. Bral te dziewczyny do hoteli w Bulawayo i
razem ze swoimi przyjaciolmi organizowal orgie. Gwalty
dokonane na mnie i krzywda, ktorej doznaly moje
kolezanki spowodowala, ze bylam bardzo zla i
zameldowalam o wszystkim innemu weteranowi. Ten
poszedl do przywodcy z moja skarga. Przywodca zawolal
chlopcow, zeby mnie zbili. Uzyli do tego specjalnych
kijow; bili mnie i krzyczeli, ze jestem
sprzedawczykiem MDC. Cale moje cialo bylo strasznie
opuchniete, ale oni nie pozwolili na zadne lekarstwo,
nie pozwolono mi nawet wziac tabletki przeciwbolowej.
Po wyborach prezydenckich wiele dziewczyn zostalo
wyslanych do innych obozow. Nas zostalo okolo
dwadziescia. Szesc z nas bylo w ciazy w rezultacie
gwaltu. Nie wiem ile z tych, ktore zostaly
przeniesione bylo w ciazy. W lipcu oboz zostal
zamkniety a nas po prostu wyrzucono. Rodzice czworga
dziewczyn w ciazy przyszli do obozu skarzyc sie, ale
nikt z nimi nawet nie rozmawial.
W obozie bylam swiadkiem tortur. Nasz
weteran-przywodca przywozil z miasta ludzi na tortury.
To byli ci, ktorzy nosili koszulki ze znakami MDC albo
tacy, o ktorych ktos doniosl, ze byli sympatykami MDC.
Widzialam jakies 50 ludzi bitych i torturowanych w
naszym obozie. Czasami ludzie ci byli wieszani glowa w
dol i bici grubymi batami na zwierzeta, zelaznymi
pretami i specjalnymi kijami. Wiekszosc po torturach
byla zwalniana do domow ale jakies piec osob nie
przezylo. Tych zakopano na wzgorzach za obozem. Jesli
ktos z nas oburzal sie na torturowanie ludzi, mowiono
mu: “Sziedz cicho, bo wyslemy cie na wzgorza.”
Weterani wysylali tez chlopcow, zeby rabowali
okoliczne sklepy. Raz zabili nozami wlasciciela i
ukradli pieniadze. Kiedy policja przyszla do obozu
weteran-przywodca zaplacil policjantom i poszli sobie."
Z wywiadu z mezczyzna, lat
25, uczestnikiem “Sluzby Narodowej”
“Mamy wielka sile. Zrodlem tej sily jest zacheta ze
strony policji i innych. Wiemy, ze mozemy isc
gdziekolwiek i zrobic cokolwiek i nikt tego nie
zakwestionuje.”
Mam 25 lat i wstapilem do “Sluzby Narodowej” we
wrzesniu 2002 roku. Powiedziano mi, ze po “Sluzbie
Narodowej” bede mogl dostac prace, bo rzad wyrzuci
wszystkich, ktorzy nie sluzyli i otworzy sie duzo
wakansow. (...)
W obozie treningowym bylo bardzo ciezko. Najbardziej
doskwieral nam glod a cwiczenia byly bardzo
wyczerpujace. (...)
Uczono nas takze historii Zimbabwe poczynajac od krola
Lobenguli, a konczac na czasach wspolczesnych. Mowiono
nam, ze biali przyszli i zrabowali wszelki bogactwa
Lobenguli i ukradli nasza ziemie. Potem zalozyli parki
narodowe, zeby zwierzetom bylo dobrze a nam zle.
Dlatego nalezy zabrac ziemie wszystkim bialym i
produkowac zywnosc. Zywnosc te nalezy oddac do GMB (Rzadowa
Agencja Zywnosci), ktora bedzie rozdawac jedzenie
potrzebujacym.
Mowiono nam, ze biali przychodza do naszego kraju,
zeby nas okrasc ze wszystkiego. Dlatego jesli nie
przystapimy do Trzeciej Rewolucji (Chimurenga) to
jestesmy zdrajcami narodu i musimy walczyc do konca.
Tak wlasciwie to do dzis nie wiem co to znaczy ta
Trzecia Chimurenga i co oni maja w glowach jak o tym
mowia
Mielismy sie uczyc, jak budowac przyszlosc naszego
kraju, a uczylismy sie tylko jak niszczyc. W tym
wszystkim nikomu nie wolno bylo zadawac pytan. Kto by
zadal jakies pytanie byl od razu zdrajca i ginal.
Nikomu nie moglo przejsc przez glowe powiedziec tez
cokolwiek dobrego o opozycji. Opozycja byla potepiona
i koniec, kropka.
Kazdy kto opuszczal oboz mial bardzo negatywne
spojrzenie na caly normalny swiat. Jak wchodzi do
sklepu to nie lubi widoku ludzi sprzedajacych i
kupujacych; chce ukrasc, zniszczyc, spladrowac i
zamknac sklep. Takiego ducha ksztaltowano w kazdym z
nas. Kiedy wychodzi sie z obozu ma sie w sobie ducha
zemsty i okrucienstwa, bo tak bylismy traktowani.
Kiedy w obozie ktos mial usmiech na twarzy to
poddawano go biciu, zeby sie przestal usmiechac.
Wychodzac z obozu chce sie czlowiekowi mscic za to
wszystko i ofiarami padaja ci, ktorzy sa najblizej i
ktorzy sa bezsilni.
Kiedy bilismy ludzi oni meldowali to policji. Policja
przybywala i zawsze stawala po naszej stronie. (...)
Bylismy wysylani do dystrybucji zywnosci glodujacym.
Duza czesc tej zynwosci zabieralismy dla siebie aby ja
pozniej sprzedac. (...)
Po dokonaniu wszelkich okrucienstw i krzywd czulem
wielki zal, ale balbym sie rozmawiac o tym z
kimkolwiek. Wielu innych, wydaje mi sie, nie czulo
zadnych wyrzutow sumienia. (...)
Czasem bilem ludzi, ktorych znalem. Byli to sprzedawcy
pamiatek. Bilismy ich dlatego, ze sprzedawali pamiatki
bialym. (...)
Przed akcjami pilismy alkohol albo brali narkotyki.
Kto nie chcial brac, sam byl bity. (...)
Po pewnym czasie czlowiek juz nie potrzebuje
narkotykow, zeby kogos bic czy torturowac. Agresja
staje sie druga natura."
¶
|
|
.. |
|
|