|
|
| |
|
 |
Rany Zmartwychwstałego |
|
|
Krystian
Traczyk, Plumtree |
| |
|
Dziś przypada II
Niedziela Wielkanocna. W naszym kościele rozpoczęła
się właśnie Msza św. Ewangeliczne opowiadanie o
Zmartwychwstałym Jezusie przychodzącym do uczniów, na
pewno pomoże naszym parafianom doświadczyć obecności
Chrystusa wśród nich. Czy takie będzie też moje
doświadczenie dzisiejszej niedzieli.
Poranki stały się bardzo zimne, dlatego ludzie we
wioskach nie gromadzą się zbyt wcześnie na modlitwy.
Postanowiłem się udać do wiosek dla przesiedlonych.
Niedzielne wizyty nie są zapowiadane; w odróżnieniu do
środowych; ludzie i tak maja się gromadzić w każdą
niedzielę na nabożeństwo, my się po prostu dołączamy.
Zabieram ze sobą kobietę, która właśnie wróciła z
miesięcznego kursu dla "współpracowników pastoralnych".
W drodze modlimy się na różańcu a potem dyskutujemy o
sytuacji w kraju. Zimababwe znajduje się w bardzo
trudnej sytuacji; ludzie boją się przyszłości.
Skorumpowani politycy myślą tylko o własnej kieszeni.
Organizacje pomagające lokalnym społecznościom
opuściły kraj. Bieda stała się nieproszonym gościem
prawie wszystkich rodzin.
Przyjeżdżamy do pierwszej wioski. Dowiadujemy się, że
zwołano zebranie wszystkich mieszkańców. Katolicy
przyjdą po południu i wtedy odprawimy Msze św.
Jedziemy następne 20 km i docieramy do małej wspólnoty.
Wioska sprawia wrażenie opuszczonej. Większość
mieszkańców poszła do swoich krów i na pola. Ptaki i
dzikie zwierzęta niszczą dojrzałą kukurydzę i proso.
Dla ludzi nie ma chwili odpoczynku. Po kilku minutach
podchodzi do nas jeden z katolików. Prowadzi nas do
domu umierającej kobiety.
Zwykła, powtarzająca się historia. Mąż zmarł dwa lata
temu, po nim dwójka dzieci. Dwóch braci męża także
odeszło do wieczności w tym czasie. Dzisiejszego ranka
teściowa umierającej udała się do czarownika, aby
dowiedział się kto rzucił taka straszna klątwę na jej
rodzinę i jak uratować ostatnie dziecko, małego
chłopczyka, który jedyny pozostał przy życiu. Nie
poszła tam z pustymi rękami. Ludzie płacą czarownikom
za często bardzo wątpliwą pomoc, kiedy jednak idą do
szpitala, albo przychodni, oczekują bezpłatnej pomocy.
Tak zresztą działo się dość długo w Zimbabwe, ale od
kilku lat za wszystko trzeba płacić. Szpital w naszym
mieście posiada bardzo ograniczony zapas leków i wiele
pustych łóżek; jedynym zatłoczonym oddziałem jest
szpitalna kostnica.
Kobiecie nic już właściwie nie może pomóc; znajduje
się w ostatnim stadium zakażenia. Ponadto jest
sparaliżowana i utraciła mowę. Siadamy wkoło jej łóżka;
śpiewamy kilka pieśni i słuchamy słów Ewangelii św.
Jana o Jezusie przychodzącym do swoich uczniów. Oni
poznają Go po Jego ranach. Na ścianach widać zdjęcia
młodych, przystojnych ludzi. Zdjęcia te zostały
zrobione w "Goli"; czyli w Johanesburgu. "EGoli"
oznacza "w Ziemi Obiecanej". Ta "Ziemia Obiecana" to
RPA i Botswana, bo tam jest praca i wygodne życie. Tak
to wygląda w marzeniach; rzeczywistość jest inna,
brutalna.
Plumtree jest miastem granicznym; często widzimy
policyjne ciężarówki przekraczające granice,
przywożące do domu nielegalnych imigrantów, tysiące
każdego roku. W sąsiednich krajach są obcymi; nie
mającymi praw. Grzebiemy ludzi zabitych przez
krokodyle w rzece Limpopo, ludzi zabitych w wypadkach
ciężarówek, w których chowali się przed policją, ludzi
zabitych w slumsach wielkich miast "Ziemi Obiecanej".
A nad tym wszystkim, jak kosa w ręku Śmierci, przeraża
AIDS, zabierający największe żniwo.
Patrzyłem na te piękne zdjęcia, a potem skierowałem
wzrok na umierająca kobietę. W mojej modlitwie
pamiętałem o ranach Jezusa. Wzruszyła mnie miłość i
troska sąsiadów. Umierająca utraciła już wszelką
kontrolę nad swoim ciałem, nic już dla siebie nie
mogła zrobić; oni robili co mogli, aby we wszystkim
jej dogodzić. Pamiętam chorą jako szczupłą kobietę,
dziś była jak małe dziecko. Jedyne, co pozostało z jej
urody, to duże, szeroko otwarte oczy i piękne, białe
zęby. Położyłem jej ręce na głowie i razem z innymi
modliłem się w ciszy. Potem, kiedy już wychodziliśmy,
nie chciała przez dłuższą chwilę wypuścić mojej dłoni.
Patrzyła na mnie z tym całym nieskończonym cierpieniem.
Patrzyła tak, jak setki innych, podobnie umierających,
których tak samo żegnałem przez ostatnie dwadzieścia
lat. Co mogę dla nich zrobić? Powiedzieć coś radosnego,
pomodlić się. Czy to ma jakieś znaczenie?
|
Z ciężkim sercem
pojechaliśmy do następnych wiosek. Pod drzewem, pod
którym spodziewaliśmy się zastać kilku katechumenów,
nie było nikogo. Kolejna wioska była już ostatnia na
naszej drodze. Wspólnota tutejsza to nasza wielka
radość. Po ludzku sądząc, nie ma wielkich szans na
rozwój Kościoła w tej wiosce, ale widać, jak bardzo
działa tutaj Duch Święty. Znaleźliśmy ich; dziesięciu
dorosłych i grupę dzieci w starej przychodni, którą
wyremontowali na użytek całej społeczności wioskowej,
i którą też teraz mogą używać jako kościół. Kiedy
przybyliśmy nabożeństwo dobiegało końca; robiono
właśnie ogłoszenia. Poproszono mnie o modlitwę nad
chorymi. Potem zaśpiewaliśmy kilka pieśni i
uzgadnialiśmy sprawy związane ze spotkaniem w Plumtree
pod koniec maja. Po wszystkim rozmowa zeszła na sprawy
codziennego życia. Ciężko byłoby powiązać koniec z
końcem bez pomocy krewnych pracujących w Botswanie czy
RPA. Problemem nie jest nieurodzajna gleba czy susza,
ale bieda; brak środków do pracy na roli. Ponadto, ci
najbardziej zdolni i wykształceni pracują w "Goli", w
"Ziemi Obiecanej".
Tegoroczny sezon deszczowy był trochę skomplikowany.
Ci jednak, którzy przyłożyli się do pracy, którzy
mieli co zasiać na swoich polach, zebrali
wystarczająco żywności. Jest jednak bardzo wielu,
których już teraz straszy głód. Jak im pomoc? Nie mogą
dostawać za darmo żywności, bo wtedy przestaną
pracować. Jak zmotywować ich do pracy? Jak pomoc im
przezwyciężyć uczucie rezygnacji?
We wtorek uczyłem w seminarium w Bulawayo. Rozważałem
ze studentami tekst z Ewangelii jak Tomasz chciał
zobaczyć rany Zmartwychwstałego Jezusa. Myślami
zawędrowałem z powrotem do odwiedzanych w niedziele
wiosek. Znowu widziałem Jego rany. A potem usłyszałem
słowa Jezusa skierowane do Piotra, i do mnie: "Czy
miłujesz Mnie...? Paś owce Moje..."
¶
.. |
| |
|
 |
Modlitwa o deszcz |
|
| |
|
Środa jest dniem, w
którym odwiedzamy stacje dojazdowe. Około godz. 9.00
wyruszyłem na długą trasę razem z naszym katechetą
Rafałem Zulu i z jednym seminarzystą z Filipin,
Arielem, który w Zimbabwe jest na praktyce OTP. Naszym
celem były trzy wioski: Tjompane, Village 10 oraz
Mboma. Dla wyjaśnienia trzeba dodać, że niektóre wsie
nie mają nazw, tylko numery. Wzięło się to stąd, że
przesiedlono ludzi na tereny dawnych farm i zaczęto
używać numerów, bo nazw, po prostu, nie było. W każdej
z tych wiosek, planowaliśmy coś innego; w Tjompane
miało być uroczyste nabożeństwo błagalne o deszcz z
błogosławieństwem ziarna. Co do dziesiątki, to
mieliśmy zdecydować na miejscu, a w Mbomie była
zaplanowana Msza św. u jednej bardzo chorej kobiety.
Zabraliśmy na naszego pick-up’a ISUZU prawie pół tony
ziarna kukurydzy, którą sprzedajemy ludziom w stacjach
bocznych, po cenie o 40% niższej niż w sklepie; resztę
finansuje Kościół. Pogoda, no cóż, krótko mówiąc,
bardzo letnia, czyli upał jak w piecu i na niebie
żadnej chmurki. Pomyślałem sobie, że to rzeczywiście
doskonała pora, aby modlić się o deszcz. Dojechaliśmy
do Tjompane, gdzie ludzie zgromadzili się przy ruinach
domu na skale. To jest rzeczywiście jedyny dom w swoim
rodzaju. Pewien farmer, jeszcze w czasach gdy Zimbabwe
było Rodezją wybudował ładny dom na skalnym wzgórzu,
gdzie jeszcze wcześniej było miejsce kultu ludzi
Kalanga, do dziś zresztą zamieszkujących ten obszar.
Właściciel zginął podczas wojny o niepodległość
Zimbabwe i nikt w domu na skale nie zamieszkał.
Obecnie wspólnota katolicka w Tjompane stara się o ten
dom, aby móc go wyremontować i legalnie używać.
Nabożeństwo odbyło się u podnóża skał. Zagrały bębny i
do bezchmurnego nieba wzniosło się żarliwe błaganie o
deszcz. Dwóch starszych mężczyzn wygłosiło płomienne
kazania, których konkluzja była wspólna; Bóg zawsze
wysłuchuje próśb swoich dzieci, kiedy one nie ustają w
błaganiach. Jakby na potwierdzenie tego nad nasze
głowy napłynęły chmury. Powiedziałem do Zulu: "Ale
byłoby fajnie, gdyby dzisiaj spadł deszcz." Na
zakończenie pobłogosławiłem ziarno siewne i wodę;
potem jeszcze jedzenie w dużych, trójnożnych garnkach
przy ognisku. Kiedy już skończyłem to błogosławienie,
jedna z kobiet przyniosła do ogniska kalabasz z piwem
z prosa. Też je pobłogosławiłem, bo jak tu się cieszyć
bez piwa. A tak na marginesie, to takie piwo z prosa
ma mniej alkoholu niż w Polsce piwo bezalkoholowe. Po
obiedzie, na którym zaserwowano naszej trójce połowę
dużego kurczaka w smacznym sosie, udaliśmy się do
wioski nr 10, tylko po to, aby się dowiedzieć, że
wszyscy poszli do szkoły na jakieś nadzwyczajne
spotkanie.
W ostatniej stacji tłum ludzi wypełnił dom chorej
kobiety. Byłem tam pierwszy raz, ale trafiłem
bezbłędnie, chociaż drogę pokazywał mi niewidomy
mężczyzna. Do teraz nie mogę się nadziwić, jak on może
pamiętać każdy szczegół krętej drogi w buszu.
Kiedy po Mszy św. wyszliśmy z chaty, na dworze było
ciemno jak w nocy. Przyszła tak potworna burza, że
droga stała się w jednej chwili rwącym potokiem.
Najgorsze było to, że mieliśmy do przekroczenia dwie
rzeki, w których na co dzień jest tylko piasek. Ale
nie po takim deszczu! Kiedy Zulu wyraził obawy, czy
aby przejedziemy, Ariel powiedział: "No cóż, nie
możemy narzekać, przecież modliliśmy się o deszcz."
Kiedy w drodze powrotnej przejeżdżaliśmy przez
Tjompane, spotkaliśmy jednego z liderów, który z
deszczowej radości aż sobie zatańczył. Choć ma koło
siedemdziesiątki, tańczył tak żwawo, że aż chcieliśmy
się dołączyć. Tak to Pan Bóg nie tylko nas obdarował,
ale i dołożył trochę więcej. ¶
.. |
| |
|
 |
Sorry, którędy
do Mother of Peace? |
|
| |
|
150 km od Harare jest
miasteczko Mutoko (bardzo nie wyjątkowej urody). A 10
km piachów od Mutoko jest sierociniec. Po drodze
przechodzi się przez wioskę trędowatych. Miejsce to
jest prowadzone przez międzynarodową wspólnotę
katolicką Mother of Peace (i tak się to miejsce
właściwie nazywa) ale białej twarzy nie uświadczysz w
promieniu wielu km.
Byłem tu kiedyś przez kilka godzin i tak mi to w
głowie zostało, że teraz kiedy nadarzyła się okazja po
prostu przyjechałem i zapytałem czy mógłbym z Nimi
pomieszkać kilka tygodni. Chyba się nawet ucieszyli –
mają księdza.
Rano odprawiam pierwszą Mszę. A w Ewangelii: kto się
nie stanie jak dziecko niech zapomni o Królestwie
Niebieskim. I: kto przyjmie jedno z tych dzieci Mnie
przyjmuje. Się uśmiecham i przyglądam 50ciu dzieciakom,
które siedzą na podłodze przed ołtarzem. Ich nikt nie
chciał. Ale teraz mają dom.
Zachowuję się trochę dziko. Bo właściwie to nie wiem
jak się zachować i co robić. Dzieci przychodzą i
patrzą na bladą twarz. W sierocińcu jest 150 dzieci.
Niestety (wiele z Nich ma AIDS) dzieciaki, które nie
chodzą jeszcze do szkoły nie znają angielskiego ani
trochę. Te które znają są obecnie w szkole.
Po kilku minutach siedzimy razem w piachu i układamy
COŚ z kamieni i patyków. Nie wiem co to jest, bo nie
rozumiem....Po kolejnych kilku minutach wiem gdzie
jest huśtawka i zjeżdżalnia. A po jeszcze kilku
kolejnych umiem pierwsze słowa w Shona: „zdejmij” (mnie
z huśtawki) i „posadź” (mnie na huśtawkę).
W środę odprawiam Mszę w wiosce trędowatych. Jedziemy
z wszystkimi maluchami ciężarówką (jakieś 4 kilometry).
Jest to ośrodek prowadzony przez diecezję Harare. A
miejsce to założył John Bradburne (zginął -
zamordowany - w opinii świętości w czasie wojny o
niepodległość). Prawie codziennie zjawiają się
pielgrzymi i modlą się na pięknej górze na której
codziennie modlił się John.
Trędowaci bardzo mocno współpracują z sierocińcem.
Mieszka tu około 50 chorych. Każdy ma mały pusty
pokoik i to wszystko. Nic do roboty. 24 godziny nic.
Następnego dnia to samo. I następnego. Nawet nie
bardzo jest jak iść na spacer: wielu z nich ma bardzo
zniekształcone stopy. Lub nie ma ich wcale. Trąd i
uśmiech na twarzy. Niesamowite.
|
Poszedłem do piaskownicy
porobić zdjęcia. Towarzystwo jeszcze ledwie chodzi ale
w piasku czują się jak ryby w wodzie. Pod piaskiem też.
Oraz z piaskiem w buzi. Oczywiście nie może być
zdjęcia jeśli się wszyscy nie zlecą. Ogólnie nici ze
zdjęć bo ulubioną pozycją fotografowanych jest
usiąście na obiektywie z jednoczesnym wetknięciem
palca w odsłonięte oko fotografującego.
O 15-stej cała ta zapiaskowana ekipa rusza biegiem
do... kaplicy. Odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia.
Może nie do końca wiedzą co się dzieje (ale modlą się
z przejęciem i zacięciem), lecz jest w tym jakiś
wielki sens: to miejsce powstało na skutek objawień
Matki Bożej pewnej kobiecie w RPA. Maryja nawet
wskazała miejsce gdzie ma powstać sierociniec (się
miejscowe władze zdziwiły bo akurat ten kawał ziemi do
nikogo nie należał!). Wierzyć nie wierzyć, ale 150
dzieciaków ma dom. Kiedy zabrakło w Ich życiu zwykłej
ludzkiej miłości zostało Im Boże Miłosierdzie. Anioły
na ziemię zstępują ruchomymi schodami!
Przyszła dziewczynka. Wzięła mnie za rękę i sobie tak
łaziliśmy wszędzie Zagadać się za bardzo nie dało:
bariera językowa. Ale próbowałem. Potem się
dowiedziałem, że Gina jest głuchoniema. W ten sposób
zniknęła miedzy nami bariera językowa. A teraz, kiedy
to piszę, Gina buszuje w drugim pokoju. Mam nadzieję,
że znalazła obiad i podjada jak zawsze: za nic nie
mogę pogryźć tej krowy. Gina sobie już nie raz
poradziła.
Właściwie co ja tu robię? Dla dzieciaków za jestem
męską przedszkolanką: podnoszę upadłych, pocieszam
płaczących, i wymierzam sprawiedliwość wpychającym się
bez kolejki na ślizgawkę (nawet to trochę biblijnie
brzmi, nie?:).
Dla opiekunów i trędowatych chyba jestem jakimś
znakiem. Bez Boga i wiary w Boga te miejsca by po
prostu nie istniały. Są bo jest Kościół. A ten biały
ksiądz to jakby znak, że naprawdę Kościół o Nich nie
zapomniał. Spokojnie by sobie przecież beze mnie
poradzili. Ale się cieszą, że jestem. Zawsze można
przyjść i pogadać. Albo pograć w karty. Do tego
wczoraj przyszli ludzie zapytać czy Im odprawię Mszę w
niedzielę bo już dawno nie było księdza w pobliżu i
długo nie mieli Mszy. Oczywiście problem języka. Ale
od czego są tłumacze? Jak ja to lubię... W czasie Mszy
dla trędowatych tez jestem tłumaczony: ja powiem jedno
zdanie, tłumacz gada 5 min. Fajny człowiek więc pewnie
nie gada głupot.
Przybyło kilkoro dzieci (podobne do tego miejsca mają
limity przyjmowanych dzieci. I są pełne. Tu jest
miejsce dla każdego). Jednego malucha pracownicy
oczyszczalni ścieków znaleźli w szambie. Mówię, że to
straszne a kobieta mówi, że to cud (jak na wszystko
można różnie patrzeć), że przeżył. 2 tygodnie Mu
robactwo pod skórą łaziło. Ale już jest dobrze.
Wody nie było 2 dni. Ale śmierdziałem! A jak już była
to taka czerwona, że się bałem, że hydraulika zabili.
A tak poważnie to są problemy z rachunkami. Ceny
strasznie idą w górę. A 160 dzieci jednak trochę tej
wody zużywa. Wiara góry przenosi. Wokoło pełno
naprawdę wierzących ludzi. Będzie dobrze.
Dziś ładnie wieje. Wyciąłem 3 krzaki (ale mnie małpy w
lesie przestraszyły!) i wreszcie znalazłem odpowiednie
gałęzie. Siedzę przed domkiem i obdzieram je z kory.
Przychodzą chłopaki. „Ojciec, co robisz?” Odpowiadam
zgodnie z prawdą: „Latawiec.” Oglądnęli mojego
pogromcę przestworzy: „Eee, będzie za ciężki.”
Dotknęło mnie to: „Za ciężki?! Haha! Zobaczycie!” Po
15 minutach chłopaki mieli gotowe 2 latawce. Biegają
po polu i się cieszą. Latają wysoko. A mój latawiec
leży w kącie. Nie poleciał. Za ciężki, czy co?
|
No to mamy 12 nowych
chrześcijan. Jam to uczynił! Czyli: pierwszy raz w
Afryce chrzciłem! Się poczułem jak jakiś misjonarz z
książki! Maluchów z naszego sierocińca przerobiłem na
rodzeństwo Pana Jezusa i nawet się obeszło bez płaczu.
Bez wielkiego płaczu...
Oto kilka zdań o czymś co przeżyłem. Bardzo przeżyłem.
Czasami bardzo się dziwiłem, czasami wkurzałem,
czasami zachwycałem. Bardzo krótko jestem w Afryce,
może dlatego czasami bardziej niż języka nie
rozumiałem pewnych zachowań. Ale ponieważ jestem tak
krótko przyjmowałem to jako lekcję. Zimbabwiańską
lekcję udzielaną przez Zimbabwiańczyków Europejczykowi.
Jak wyjeżdżałem nikt nie płakał. Ale coś czuję, że jak
tam znowu przyjadę to się będą maluchy cieszyć.
¶
.... |
| |
|
 |
Władza dla władzy |
|
|
http://www.medianet.com.pl/~naszapol/0513/0513pali.php
- artykul pochodzi z tygodnika
Nasza Polska, zamieszczony zostal tutaj bez pytania - PRZEPRASZAMY! - napisany przez Jacka
Palkiewicza
www.palkiewicz.com po
pobycie w Zimbabwe, zdjęcia: Rafał
Sojka, Maciej Malicki, arch. red.
|
| |
|
81-letni wódz Zimbabwe,
Robert Mugabe niespełniony autor afrykańskiego
socjalizmu, nie odda władzy przez kolejne trzy lata.
Kraj pogrąża się w biedzie i chaosie.
Władza dla władzy
Żar spadający z nieba obezwładnia i paraliżuje ruchy.
Wokół bujna, soczysta zieleń, jaskrawe słońce i
przezroczyste powietrze. No i zapach: oszałamiająca
woń kwiatów frangipani. Kolejna granica na afrykańskim
kontynencie i wciąż ten sam rytuał. Oficer biorący do
ręki paszport przeszywa badawczym spojrzeniem.
Następnie bezmyślnie kartkuje wszystkie stronice
dokumentu w jedną i drugą stronę. Beznamiętna twarz,
żadnej reakcji i tylko wyczuwalnie nieprzychylna
atmosfera.
|
|
Robert Mugabe, marksistowski
dyktator niszczacy Zimbabwe |
Na początku lat 70.
zachorowałem na Afrykę i w ciągu następnych lat
poznałem ją całą, zachwycając się jej surowym pięknem,
głęboką ciszą, magicznym nastrojem czy
apokaliptycznymi zachodami słońca. Z czasem z tej
choroby się wyleczyłem. Czarny Kontynent, którym byłem
zafascynowany, dziś już nie istnieje. Pogrążył się w
głębokim nieodwracalnym kryzysie i na zawsze zatracił
swój dawny romantyczny obraz. W wyniku dekolonizacji
wybuchły okrutne wojny etniczne i krwawe zamachy stanu,
narodził się terroryzm i piekło uchodźców, pojawiły
się groźne epidemie i klęski głodu.
Mugabe, czyli początki dyktatury socjalizmu
Wjeżdżam do Zimbabwe, kiedy byłem tutaj ostatni raz
kraj nazywał się Południową Rodezją. Żyło się tu
dostatnio, miasta były czyste i dobrze utrzymane.
Funkcjonował przemysł wydobywczy i nowoczesne
plantacje. Uprawiano kukurydzę, której nadwyżki
sprzedawano w krajach ościennych. Dzisiaj jest
zupełnie inaczej.
18 kwietnia 1980 r. nadeszła niepodległość. Dawna,
biała Rodezja stawała się czarnym Zimbabwe, świat
patrzył z optymizmem na te narodziny. - Dostałeś w
ręce klejnot Afryki, teraz musisz się o niego
troszczyć, powiedział prezydent Mozambiku Samora
Machel Robertowi Mugabe, podczas ceremonii
proklamowania Zimbabwe. Nowy prezydent zapewnił
swojego kolegę, że wyciągnie wnioski z niepowodzeń
państw afrykańskich, które odzyskały niepodległość 20
lat wcześniej. Mówił o pojednaniu i wspólnym
rozwijaniu kraju. Biali podeszli do tych obietnic z
rezerwą i dwie trzecie z nich natychmiast opuściło
kraj.
Mugabe cieszył się jednak dobrą reputacją i
popularnością miejscowych, którzy uważali go za
nadzieję i wzór do naśladowania dla reszty Afryki. Syn
wiejskiego cieśli, niezwykle bystry, inteligentny i
mądry, miał za sobą szkołę misyjną i uniwersytet, ale
przede wszystkim lewicowe marsksistowsko-leninowskie
wykształcenie, zdobyte na renomowanych uczelniach
Europy Zachodniej, które niebawem miało zaowocować. Na
początku wszystko szło dobrze, kraj rozwijał się
szybciej niż za rządów białych, świat zniósł
międzynarodowe sankcje wprowadzone jeszcze w 1965 r.,
poszerzono dostęp do edukacji i służby zdrowia W dwa
lata później jego intrygi doprowadziły do wojny
etnicznej. Słynna Piąta Brygada, ekspedycja karna
wyszkolona przez północnokoreańskich instruktorów,
doprowadziła wtedy do masakry prawie 20 tysięcy
Matabelów. Pyszny, nieufny z natury i oderwany od
rzeczywistości murem dworzan, Mugabe z bohatera
ludowych pieśni stał się uosobieniem wszystkich wad i
przywar afrykańskich satrapów. Znany, uświęcony rytuał,
czyli afrykański model socjalizmu rozwijał się w
kierunku dyktatury, destrukcji i wszechobecnej
korupcji. Kraj pogrążał się nędzy.
|
|
Wiesniacy z prowincji Bulawayo klepia biede,
podczas gdy Mugabe bierze slub za 6 mln dolarow
. |
Pupil Mugabego, ps.
Hitler
W lutym 2000 r. rozpoczęła się akcja okupowania przez
weteranów partyzanckiej wojny z rasistowskim rządem w
ówczesnej Rodezji Południowej, białych farm
wysokoproduktywnych gospodarstw, które stanowiły jeden
z filarów gospodarki kraju. Dowodził nimi Chenjerai
Hunzvi, porównujący siebie do Jezusa Chrystusa i Che
Guevary. Watażka, noszący ciepły przydomek "Hitler",
zachowywał się z pewnością siebie charakterystyczną
dla afrykańskich elit wykształconych w Europie.
Nienaganny garnitur, złota bransoletka, pierścionek z
brylantem. Studiował medycynę w Polsce i ożenił się z
polską damą, która jednak nie wytrzymała długo u jego
boku i dzięki pomocy rodzimej ambasady zbiegła do
kraju. Pupil Mugabego, który był oskarżany o liczne
malwersacje, nigdy nie stanął przed sądem. Zmarł na
AIDS trzy lata temu.
Wyrzucanie i mordowanie białych farmerów
Kampania terroru i zastraszenia wśród białych,
uznawanych przez czarną ludność za marionetki rządu
brytyjskiego, rozwijała się przy cichym poparciu
Mugabego, dla którego była świetną okazją do rozprawy
z czarną opozycją, która rzekomo zdradziła kraj na
rzecz białych. Na dobrą sprawę dla prezydenta akcja
wywłaszczania nie była niczym innym niż sprawiedliwym
gniewem ludu, swoistą zemstą dziejową za grzechy
Cecila Rhodesa, który 100 lat temu zawładnął ich
ziemie. W maju 2002 r. rząd wydał nakaz dla ponad 3
000 z 4 700 białych farmerów dobrowolnego opuszczenia
majątków ziemskich. Ci, którzy się sprzeciwiali
wylądowali w więzieniu, byli torturowani, gwałceni,
niektórych zamordowano. Nie było wyjścia. Spakowało
się także wielu, których nie było na liście persona
non grata.
Po wywłaszczeniach ziemia poszła dla "kacyków"
Ziemie nie trafiały jednak do bezrolnych, tak jak
obiecywał prezydent, lecz do zasłużonych działaczy
partyjnych Komitetu Centralnego i Biura Politycznego.
Farmy wymagają fachowych rąk do pracy, potrzebują
ludzi z inicjatywą, pracowitych miłujących ziemię.
Nowi właściciele nie potrafili na niej pracować, nic
dziwnego, że coraz częściej spotyka się dziś farmy
zdewastowane i porzucone. Żyzne ziemie stały się
odłogiem, a tysiące miejsc pracy w rolnictwie zostało
utraconych.
|
|
Imponujacy wodospad Victorii juz nie przyciaga
turystow
. |
Fala wywłaszczenia obszarników to dramat dla kilku
tysięcy rodzin białych farmerów, które od pokoleń
gospodarowały na tych terenach. Zostawiły w Zimbabwe
nie tylko dorobek całego swojego życia, ale i groby
swoich przodków. Prawie wszyscy liczyli do ostatniej
chwili, że coś się zmieni, że nie będą zmuszeni
emigrować w nieznane i rozpoczynać życia od zera.
Szczęście uśmiechnęło się do czterystu rodzin, którym
łaskawie pozwolono jeszcze pozostać. Ale na jak długo?
Kiedy powrócą aby palić domostwa, dokonywać samosądów?
Lud klepie biedę, a Mugabe bierze ślub za 6 milionów
dolarów
Od czterech lat, niegdyś jeden z najbardziej
rozwiniętych i najlepiej zorganizowanych krajów
Trzeciego Świata, stał się stopniowo jedną z wysp
archipelagu nędzy, gdzie na co dzień dochodzi do
łamania podstawowych praw człowieka. Ta przemoc i
terror ściągnęły na Mugabe potępienie całego świata.
Skandalem nazwały kręgi opozycyjne ślub prezydenta ze
swoją byłą sekretarką, piękną Grace Marufu, na który
wydano 6 milionów dolarów. 31-letnia pani młoda miała
41 lat mniej od swojego męża. Wśród 20 tysięcy gości
obecni byli m.in. Nelson Mandela i wielu prezydentów
afrykańskich. Na uroczystości odczytano depeszę
gratulacyjną od Jana Pawła II. W ciągu krótkiego czasu
pani prezydentowa stała się szarą eminencją reżimu.
|
|
Safari bylo jeszcze do niedawna glownym zrodlem
wplywow z turystyki.
Terror Mugabe skutecznie to zlikwidowal.
. |
Krucjata antykościelna
Stary komunista Robert Mugabe, który biorąc ślub
kościelny kończył wojnę z Kościołem katolickim,
podczas ingresu nowego arcybiskupa Harare w sierpniu
ub. roku, oskarżył Kościół katolicki o współpracę z
kolonialistami. - Kościelni hierarchowie idą ręka w
rękę z byłymi kolonialistami w rzucaniu oszczerstw i
demonizowaniu Zimbabwe, obwinił prezydent, który lubi
z zaciśniętą pięścią pokrzykiwać o wrogach,
sabotażystach i walce aż do zwycięstwa.
W homilii wygłaszanej przez arcybiskupa Roberta Ndlovu
padły między innymi słowa o tym, że obowiązkiem
biskupa jest obrona godności i praw człowieka. -
Sytuacja między Kościołem a państwem jest w Zimbabwe
coraz bardziej napięta - mówi misjonarz werbista
ojciec Maciek Malicki. - Niecały rok temu rząd ogłosił
plany restrykcyjnej polityki wobec międzynarodowych
organizacji pozarządowych, w tym także instytucji
dobroczynnych zaangażowanych na rzecz Kościoła.
Nie wyjeżdżajcie do Zimbabwe!
31 marca w Harare odbędą się wybory prezydenta.
Europejskie ministerstwa spraw zagranicznych
ostrzegają swoich obywateli przed wyjazdem do tego
kraju. Nie wyklucza się, że mogą mieć miejsce
zamieszki polityczne wywołane przez agresywne bojówki.
Ostrzeżenie jest właściwie sobie a muzom. Podczas gdy
jeszcze w 2002 r. kraj odwiedziło ponad 2 miliony
obcokrajowców, zostawiając pół miliarda dolarów, w
ostatnich dwóch latach burza polityczna wypłoszyła
cudzoziemców. Wiele komfortowych lodge i hoteli świeci
pustkami. Nawet kamienny kompleks Wielkiego Zimbabwe,
pozostałość po zagubionej w czasie cywilizacji, nie
przyciąga podróżników. Szczątkowy ruch obserwuje się
tylko na Victoria Falls, najwspanialszym wodospadzie
kontynentu, leżącym na granicy z Zambią. Poza tym
rejonem turystów nigdzie nie widać.
- Ze względu na niepewne czasy przestali też
przyjeżdżać bogaci myśliwi, kultywujący złotą legendę
romantycznego safari - zauważa Claudio De Leo z Jingle
Bells Lodge. Zimbabwe zawsze było jednym z najlepszych
miejsc na taką przygodę, znanym z dobrych hoteli i
wzorowej organizacji polowań. Przede wszystkim jest tu
dużo zwierzyny zapewniającej rekordowe trofea, a
wiadomo, że myśliwi polują nie tylko dla własnych
przeżyć i wspomnień, ale także dla zdobycia
szczególnych trofeów. To właśnie tu była zawsze
zapewniona wielka piątka (słoń, bawół, nosorożec,
lampart, lew), obiekt pożądania myśliwego, a zarazem
niekłamana groza.
Państwo tyranii
W Zimbabwe, określonym ostatnio przez rząd Stanów
Zjednoczonych jako jedno z sześciu najbardziej
tyranizowanych państw na świecie, dominuje złudny
spokój. W Harare nie widać nawet charakterystycznego
dla wielu miast afrykańskich zgiełku muzyki, mrowia
ludzi czy korków samochodowych. Miastu, zbudowanemu w
stylu europejskim, dodają koloru fiołkowe jaccarandy i
kaskady bougainville. Jedynie wzmożone policyjne
kontrole dokumentów i bagaży na rogatkach miast
świadczą o stanie podwyższonego pogotowia.
81-letni, cyniczny kacyk, któremu pozazdrościć można
sprawności umysłu i pamięci, kurczowo trzyma się tronu
i nie przebiera w środkach aby pozostać przy władzy.
Potrafi świetnie zjednać sobie elektorat. Obdziela
ważnymi stanowiskami i posiadłościami ziemskimi
różnych regionalnych watażków, wykorzystuje jako broń
polityczną pomoc żywnościową napływającej od
międzynarodowych organizacji charytatywnych. W
stosunku do zwolenników opozycji nie gardzi
tradycyjnymi metodami represji, zastraszenia, gwałtu
czy korupcji. - Tak jak odbyło się to w latach 1987,
1996 i 2002, tak i tym razem do urn idzie się aby
wybierać prezydenta Mugabe. Nawet opozycja nie wierzy
w inny scenariusz. Nie obędzie się oczywiście bez
wyborczych machlojek, tak jak to już miało miejsce w
2002 r. - mówi jeden z dyplomatów europejskich w
Harare.
Mugabe, popierany przez swoich zaufanych partnerów z
RPA i Nigerii, czuje się nad wyraz silny. Swoim
przyjaciołom obiecał, że odda władzę w 2008 r. i oni
mu zawierzyli. - Nie może oszukać RPA - uważa włoski
misjonarz, od kilkunastu lat wrośnięty w miejscowe
realia - w przeciwnym przypadku Pretoria zamknęłaby mu
wszystkie kurki, poczynając od wszelkiej pomocy
militarnej, części zamiennych dla parku maszyn w armii,
po zamrożenie kapitałów, które są podstawą egzystencji
kraju.
24 lutego prezydent zamknął kolejny niezależny
dziennik "Weekly Times" w Bulawayo, na południu kraju.
To już czwarta gazeta, która przestała się ukazywać
się w ciągu dwóch ostatnich lat.
W tym czasie Mugabe, świętując swoje urodziny,
skierował ciężki atak w stronę Wielkiej Brytanii,
eksmatce ojczyźnie kolonii Zimbabwe. Oskarżył premiera
Blaira, swój ulubiony obiekt szyderstw, o to że wierzy
on w to, że posiada nadzwyczajną moc boską,
pozwalającą narzucać swoją wolę Wielkiej Brytanii, a
także i Zimbabwe. - 31 marca musimy pogrzebać raz na
zawsze - zapowiedział - tak pana Blaira, jak i banderę
angielską i napisać na płycie nagrobkowej: "Tu
spoczywa imperializm brytyjski ostatnich czasów. Nigdy
się już nie odrodzi".
|
|
Cytadela Wielkiego Zimbabwe
. |
Nie ma szans na demokrację
W końcu lutego br. ministrowie zagraniczni UE
zdecydowali przedłużyć w stosunku do Zimbabwe, aż do
20 lutego 2006 r., środki ograniczające za pogwałcanie
praw człowieka. Embargo dotyczy zakazu sprzedaży broni
i wjazdu do UE funkcjonariuszy reżimu, oraz
zablokowanie ich zagranicznych kont bankowych. Mugabe
przełknął gorzką pigułkę i dał odczuć, że ten środek
nacisku politycznego wcale go nie przeraża.
W dzień później, aby przekonać świat o wolnych i
uczciwych wyborach, zrobił krok o sporym wydźwięku
propagandowym: zaprosił na 31 marca obserwatorów z 32
krajów, aby umożliwić im monitorowanie prawidłowego
funkcjonowania ordynacji wyborczej. Zdecydowana
większość przyjedzie z Afryki, ale nie brakuje też
gości z Azji, Ameryki Łacińskiej i z Rosji. Europa i
Stany Zjednoczone zostały wykluczone. Mugabe nie był
już tak hojny w stosunku do dziennikarzy. Wizy będą
dla nich przyznawane po jego osobistej decyzji.
Polski ambasador w Harare, Jan Wieliński, głęboki
znawca tego regionu Afryki, potwierdza moje informacje.
W kraju o tak silnej dyktaturze, policja i siły
zbrojne nie dadzą żadnych szans dla rozwinięcia
skrzydeł stosunkowo bezbronnej i mało zorganizowanej
opozycji. Te wybory pozwolą przesiedzieć Mugabemu na
tronie do 2008 r. Takie jest zresztą cicha zmowa z
przywódcami RPA i Nigerii, które postanowiły jeszcze
przez trzy lata przymknąć oko na fanaberie ich
przyjaciela.
Joseph, młody pisarz z Bulawayo przypomina miejscowe
przysłowie o pływach morskich, które świetnie oddaje
obraz kraju: - Gdyby Mugabe potrafił wykorzystać
przypływ niepodległości, Zimbabwe miało szansę stać
się modelem Afryki. Ale tego nie uczynił i teraz
odpływ, niczym potworna cofająca się fala tsunami,
ciągnie kraj w koszmarne głębie.
¶ |
| |
| .. |
| .. |
|
|