WERBISCI - MISJA ZIMBABWE

                             Serce Jezusa niech zyje w sercach wszystkich ludzi.  Sw. Arnold Janssen SVD

   
HOME
ZGROMADZENIE
...MISJONARZE
MISJE
MISJONOWANIE
misjonowanie II
GALERIA

 

 

PRYWATNIE

   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   

   
Rany Zmartwychwstałego
Krystian Traczyk, Plumtree
 
    

Dziś przypada II Niedziela Wielkanocna. W naszym kościele rozpoczęła się właśnie Msza św. Ewangeliczne opowiadanie o Zmartwychwstałym Jezusie przychodzącym do uczniów, na pewno pomoże naszym parafianom doświadczyć obecności Chrystusa wśród nich. Czy takie będzie też moje doświadczenie dzisiejszej niedzieli.

Poranki stały się bardzo zimne, dlatego ludzie we wioskach nie gromadzą się zbyt wcześnie na modlitwy. Postanowiłem się udać do wiosek dla przesiedlonych. Niedzielne wizyty nie są zapowiadane; w odróżnieniu do środowych; ludzie i tak maja się gromadzić w każdą niedzielę na nabożeństwo, my się po prostu dołączamy. Zabieram ze sobą kobietę, która właśnie wróciła z miesięcznego kursu dla "współpracowników pastoralnych". W drodze modlimy się na różańcu a potem dyskutujemy o sytuacji w kraju. Zimababwe znajduje się w bardzo trudnej sytuacji; ludzie boją się przyszłości. Skorumpowani politycy myślą tylko o własnej kieszeni. Organizacje pomagające lokalnym społecznościom opuściły kraj. Bieda stała się nieproszonym gościem prawie wszystkich rodzin.

Przyjeżdżamy do pierwszej wioski. Dowiadujemy się, że zwołano zebranie wszystkich mieszkańców. Katolicy przyjdą po południu i wtedy odprawimy Msze św.

Jedziemy następne 20 km i docieramy do małej wspólnoty. Wioska sprawia wrażenie opuszczonej. Większość mieszkańców poszła do swoich krów i na pola. Ptaki i dzikie zwierzęta niszczą dojrzałą kukurydzę i proso. Dla ludzi nie ma chwili odpoczynku. Po kilku minutach podchodzi do nas jeden z katolików. Prowadzi nas do domu umierającej kobiety.

Zwykła, powtarzająca się historia. Mąż zmarł dwa lata temu, po nim dwójka dzieci. Dwóch braci męża także odeszło do wieczności w tym czasie. Dzisiejszego ranka teściowa umierającej udała się do czarownika, aby dowiedział się kto rzucił taka straszna klątwę na jej rodzinę i jak uratować ostatnie dziecko, małego chłopczyka, który jedyny pozostał przy życiu. Nie poszła tam z pustymi rękami. Ludzie płacą czarownikom za często bardzo wątpliwą pomoc, kiedy jednak idą do szpitala, albo przychodni, oczekują bezpłatnej pomocy. Tak zresztą działo się dość długo w Zimbabwe, ale od kilku lat za wszystko trzeba płacić. Szpital w naszym mieście posiada bardzo ograniczony zapas leków i wiele pustych łóżek; jedynym zatłoczonym oddziałem jest szpitalna kostnica.

Kobiecie nic już właściwie nie może pomóc; znajduje się w ostatnim stadium zakażenia. Ponadto jest sparaliżowana i utraciła mowę. Siadamy wkoło jej łóżka; śpiewamy kilka pieśni i słuchamy słów Ewangelii św. Jana o Jezusie przychodzącym do swoich uczniów. Oni poznają Go po Jego ranach. Na ścianach widać zdjęcia młodych, przystojnych ludzi. Zdjęcia te zostały zrobione w "Goli"; czyli w Johanesburgu. "EGoli" oznacza "w Ziemi Obiecanej". Ta "Ziemia Obiecana" to RPA i Botswana, bo tam jest praca i wygodne życie. Tak to wygląda w marzeniach; rzeczywistość jest inna, brutalna.

Plumtree jest miastem granicznym; często widzimy policyjne ciężarówki przekraczające granice, przywożące do domu nielegalnych imigrantów, tysiące każdego roku. W sąsiednich krajach są obcymi; nie mającymi praw. Grzebiemy ludzi zabitych przez krokodyle w rzece Limpopo, ludzi zabitych w wypadkach ciężarówek, w których chowali się przed policją, ludzi zabitych w slumsach wielkich miast "Ziemi Obiecanej". A nad tym wszystkim, jak kosa w ręku Śmierci, przeraża AIDS, zabierający największe żniwo.

Patrzyłem na te piękne zdjęcia, a potem skierowałem wzrok na umierająca kobietę. W mojej modlitwie pamiętałem o ranach Jezusa. Wzruszyła mnie miłość i troska sąsiadów. Umierająca utraciła już wszelką kontrolę nad swoim ciałem, nic już dla siebie nie mogła zrobić; oni robili co mogli, aby we wszystkim jej dogodzić. Pamiętam chorą jako szczupłą kobietę, dziś była jak małe dziecko. Jedyne, co pozostało z jej urody, to duże, szeroko otwarte oczy i piękne, białe zęby. Położyłem jej ręce na głowie i razem z innymi modliłem się w ciszy. Potem, kiedy już wychodziliśmy, nie chciała przez dłuższą chwilę wypuścić mojej dłoni. Patrzyła na mnie z tym całym nieskończonym cierpieniem. Patrzyła tak, jak setki innych, podobnie umierających, których tak samo żegnałem przez ostatnie dwadzieścia lat. Co mogę dla nich zrobić? Powiedzieć coś radosnego, pomodlić się. Czy to ma jakieś znaczenie?
 

    

Z ciężkim sercem pojechaliśmy do następnych wiosek. Pod drzewem, pod którym spodziewaliśmy się zastać kilku katechumenów, nie było nikogo. Kolejna wioska była już ostatnia na naszej drodze. Wspólnota tutejsza to nasza wielka radość. Po ludzku sądząc, nie ma wielkich szans na rozwój Kościoła w tej wiosce, ale widać, jak bardzo działa tutaj Duch Święty. Znaleźliśmy ich; dziesięciu dorosłych i grupę dzieci w starej przychodni, którą wyremontowali na użytek całej społeczności wioskowej, i którą też teraz mogą używać jako kościół. Kiedy przybyliśmy nabożeństwo dobiegało końca; robiono właśnie ogłoszenia. Poproszono mnie o modlitwę nad chorymi. Potem zaśpiewaliśmy kilka pieśni i uzgadnialiśmy sprawy związane ze spotkaniem w Plumtree pod koniec maja. Po wszystkim rozmowa zeszła na sprawy codziennego życia. Ciężko byłoby powiązać koniec z końcem bez pomocy krewnych pracujących w Botswanie czy RPA. Problemem nie jest nieurodzajna gleba czy susza, ale bieda; brak środków do pracy na roli. Ponadto, ci najbardziej zdolni i wykształceni pracują w "Goli", w "Ziemi Obiecanej".

Tegoroczny sezon deszczowy był trochę skomplikowany. Ci jednak, którzy przyłożyli się do pracy, którzy mieli co zasiać na swoich polach, zebrali wystarczająco żywności. Jest jednak bardzo wielu, których już teraz straszy głód. Jak im pomoc? Nie mogą dostawać za darmo żywności, bo wtedy przestaną pracować. Jak zmotywować ich do pracy? Jak pomoc im przezwyciężyć uczucie rezygnacji?

We wtorek uczyłem w seminarium w Bulawayo. Rozważałem ze studentami tekst z Ewangelii jak Tomasz chciał zobaczyć rany Zmartwychwstałego Jezusa. Myślami zawędrowałem z powrotem do odwiedzanych w niedziele wiosek. Znowu widziałem Jego rany. A potem usłyszałem słowa Jezusa skierowane do Piotra, i do mnie: "Czy miłujesz Mnie...? Paś owce Moje..."  ¶

..

   
Modlitwa o deszcz
 
    

Środa jest dniem, w którym odwiedzamy stacje dojazdowe. Około godz. 9.00 wyruszyłem na długą trasę razem z naszym katechetą Rafałem Zulu i z jednym seminarzystą z Filipin, Arielem, który w Zimbabwe jest na praktyce OTP. Naszym celem były trzy wioski: Tjompane, Village 10 oraz Mboma. Dla wyjaśnienia trzeba dodać, że niektóre wsie nie mają nazw, tylko numery. Wzięło się to stąd, że przesiedlono ludzi na tereny dawnych farm i zaczęto używać numerów, bo nazw, po prostu, nie było. W każdej z tych wiosek, planowaliśmy coś innego; w Tjompane miało być uroczyste nabożeństwo błagalne o deszcz z błogosławieństwem ziarna. Co do dziesiątki, to mieliśmy zdecydować na miejscu, a w Mbomie była zaplanowana Msza św. u jednej bardzo chorej kobiety.


Zabraliśmy na naszego pick-up’a ISUZU prawie pół tony ziarna kukurydzy, którą sprzedajemy ludziom w stacjach bocznych, po cenie o 40% niższej niż w sklepie; resztę finansuje Kościół. Pogoda, no cóż, krótko mówiąc, bardzo letnia, czyli upał jak w piecu i na niebie żadnej chmurki. Pomyślałem sobie, że to rzeczywiście doskonała pora, aby modlić się o deszcz. Dojechaliśmy do Tjompane, gdzie ludzie zgromadzili się przy ruinach domu na skale. To jest rzeczywiście jedyny dom w swoim rodzaju. Pewien farmer, jeszcze w czasach gdy Zimbabwe było Rodezją wybudował ładny dom na skalnym wzgórzu, gdzie jeszcze wcześniej było miejsce kultu ludzi Kalanga, do dziś zresztą zamieszkujących ten obszar. Właściciel zginął podczas wojny o niepodległość Zimbabwe i nikt w domu na skale nie zamieszkał. Obecnie wspólnota katolicka w Tjompane stara się o ten dom, aby móc go wyremontować i legalnie używać.


Nabożeństwo odbyło się u podnóża skał. Zagrały bębny i do bezchmurnego nieba wzniosło się żarliwe błaganie o deszcz. Dwóch starszych mężczyzn wygłosiło płomienne kazania, których konkluzja była wspólna; Bóg zawsze wysłuchuje próśb swoich dzieci, kiedy one nie ustają w błaganiach. Jakby na potwierdzenie tego nad nasze głowy napłynęły chmury. Powiedziałem do Zulu: "Ale byłoby fajnie, gdyby dzisiaj spadł deszcz." Na zakończenie pobłogosławiłem ziarno siewne i wodę; potem jeszcze jedzenie w dużych, trójnożnych garnkach przy ognisku. Kiedy już skończyłem to błogosławienie, jedna z kobiet przyniosła do ogniska kalabasz z piwem z prosa. Też je pobłogosławiłem, bo jak tu się cieszyć bez piwa. A tak na marginesie, to takie piwo z prosa ma mniej alkoholu niż w Polsce piwo bezalkoholowe. Po obiedzie, na którym zaserwowano naszej trójce połowę dużego kurczaka w smacznym sosie, udaliśmy się do wioski nr 10, tylko po to, aby się dowiedzieć, że wszyscy poszli do szkoły na jakieś nadzwyczajne spotkanie.


W ostatniej stacji tłum ludzi wypełnił dom chorej kobiety. Byłem tam pierwszy raz, ale trafiłem bezbłędnie, chociaż drogę pokazywał mi niewidomy mężczyzna. Do teraz nie mogę się nadziwić, jak on może pamiętać każdy szczegół krętej drogi w buszu.
     
Kiedy po Mszy św. wyszliśmy z chaty, na dworze było ciemno jak w nocy. Przyszła tak potworna burza, że droga stała się w jednej chwili rwącym potokiem. Najgorsze było to, że mieliśmy do przekroczenia dwie rzeki, w których na co dzień jest tylko piasek. Ale nie po takim deszczu! Kiedy Zulu wyraził obawy, czy aby przejedziemy, Ariel powiedział: "No cóż, nie możemy narzekać, przecież modliliśmy się o deszcz." Kiedy w drodze powrotnej przejeżdżaliśmy przez Tjompane, spotkaliśmy jednego z liderów, który z deszczowej radości aż sobie zatańczył. Choć ma koło siedemdziesiątki, tańczył tak żwawo, że aż chcieliśmy się dołączyć. Tak to Pan Bóg nie tylko nas obdarował, ale i dołożył trochę więcej.
..

   

Sorry, którędy do Mother of Peace?

 
    

150 km od Harare jest miasteczko Mutoko (bardzo nie wyjątkowej urody). A 10 km piachów od Mutoko jest sierociniec. Po drodze przechodzi się przez wioskę trędowatych. Miejsce to jest prowadzone przez międzynarodową wspólnotę katolicką Mother of Peace (i tak się to miejsce właściwie nazywa) ale białej twarzy nie uświadczysz w promieniu wielu km.
Byłem tu kiedyś przez kilka godzin i tak mi to w głowie zostało, że teraz kiedy nadarzyła się okazja po prostu przyjechałem i zapytałem czy mógłbym z Nimi pomieszkać kilka tygodni. Chyba się nawet ucieszyli – mają księdza.
Rano odprawiam pierwszą Mszę. A w Ewangelii: kto się nie stanie jak dziecko niech zapomni o Królestwie Niebieskim. I: kto przyjmie jedno z tych dzieci Mnie przyjmuje. Się uśmiecham i przyglądam 50ciu dzieciakom, które siedzą na podłodze przed ołtarzem. Ich nikt nie chciał. Ale teraz mają dom.
Zachowuję się trochę dziko. Bo właściwie to nie wiem jak się zachować i co robić. Dzieci przychodzą i patrzą na bladą twarz. W sierocińcu jest 150 dzieci. Niestety (wiele z Nich ma AIDS) dzieciaki, które nie chodzą jeszcze do szkoły nie znają angielskiego ani trochę. Te które znają są obecnie w szkole.

Po kilku minutach siedzimy razem w piachu i układamy COŚ z kamieni i patyków. Nie wiem co to jest, bo nie rozumiem....Po kolejnych kilku minutach wiem gdzie jest huśtawka i zjeżdżalnia. A po jeszcze kilku kolejnych umiem pierwsze słowa w Shona: „zdejmij” (mnie z huśtawki) i „posadź” (mnie na huśtawkę).
W środę odprawiam Mszę w wiosce trędowatych. Jedziemy z wszystkimi maluchami ciężarówką (jakieś 4 kilometry). Jest to ośrodek prowadzony przez diecezję Harare. A miejsce to założył John Bradburne (zginął - zamordowany - w opinii świętości w czasie wojny o niepodległość). Prawie codziennie zjawiają się pielgrzymi i modlą się na pięknej górze na której codziennie modlił się John.
Trędowaci bardzo mocno współpracują z sierocińcem. Mieszka tu około 50 chorych. Każdy ma mały pusty pokoik i to wszystko. Nic do roboty. 24 godziny nic. Następnego dnia to samo. I następnego. Nawet nie bardzo jest jak iść na spacer: wielu z nich ma bardzo zniekształcone stopy. Lub nie ma ich wcale. Trąd i uśmiech na twarzy. Niesamowite.

 

    

Poszedłem do piaskownicy porobić zdjęcia. Towarzystwo jeszcze ledwie chodzi ale w piasku czują się jak ryby w wodzie. Pod piaskiem też. Oraz z piaskiem w buzi. Oczywiście nie może być zdjęcia jeśli się wszyscy nie zlecą. Ogólnie nici ze zdjęć bo ulubioną pozycją fotografowanych jest usiąście na obiektywie z jednoczesnym wetknięciem palca w odsłonięte oko fotografującego.
O 15-stej cała ta zapiaskowana ekipa rusza biegiem do... kaplicy. Odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Może nie do końca wiedzą co się dzieje (ale modlą się z przejęciem i zacięciem), lecz jest w tym jakiś wielki sens: to miejsce powstało na skutek objawień Matki Bożej pewnej kobiecie w RPA. Maryja nawet wskazała miejsce gdzie ma powstać sierociniec (się miejscowe władze zdziwiły bo akurat ten kawał ziemi do nikogo nie należał!). Wierzyć nie wierzyć, ale 150 dzieciaków ma dom. Kiedy zabrakło w Ich życiu zwykłej ludzkiej miłości zostało Im Boże Miłosierdzie. Anioły na ziemię zstępują ruchomymi schodami!

Przyszła dziewczynka. Wzięła mnie za rękę i sobie tak łaziliśmy wszędzie Zagadać się za bardzo nie dało: bariera językowa. Ale próbowałem. Potem się dowiedziałem, że Gina jest głuchoniema. W ten sposób zniknęła miedzy nami bariera językowa. A teraz, kiedy to piszę, Gina buszuje w drugim pokoju. Mam nadzieję, że znalazła obiad i podjada jak zawsze: za nic nie mogę pogryźć tej krowy. Gina sobie  już nie raz poradziła.
Właściwie co ja tu robię? Dla dzieciaków za jestem męską przedszkolanką: podnoszę upadłych, pocieszam płaczących, i wymierzam sprawiedliwość wpychającym się bez kolejki na ślizgawkę (nawet to trochę biblijnie brzmi, nie?:).

Dla opiekunów i trędowatych chyba jestem jakimś znakiem. Bez Boga i wiary w Boga te miejsca by po prostu nie istniały. Są bo jest Kościół. A ten biały ksiądz to jakby znak, że naprawdę Kościół o Nich nie zapomniał. Spokojnie by sobie przecież beze mnie poradzili. Ale się cieszą, że jestem. Zawsze można przyjść i pogadać. Albo pograć w karty. Do tego wczoraj przyszli ludzie zapytać czy Im odprawię Mszę w niedzielę bo już dawno nie było księdza w pobliżu i długo nie mieli Mszy. Oczywiście problem języka. Ale od czego są tłumacze? Jak ja to lubię... W czasie Mszy dla trędowatych tez jestem tłumaczony: ja powiem jedno zdanie, tłumacz gada 5 min. Fajny człowiek więc pewnie nie gada głupot.
Przybyło kilkoro dzieci (podobne do tego miejsca mają limity przyjmowanych dzieci. I są pełne. Tu jest miejsce dla każdego). Jednego malucha pracownicy oczyszczalni ścieków znaleźli w szambie. Mówię, że to straszne a kobieta mówi, że to cud (jak na wszystko można różnie patrzeć), że przeżył. 2 tygodnie Mu robactwo pod skórą łaziło. Ale już jest dobrze.


Wody nie było 2 dni. Ale śmierdziałem! A jak już była to taka czerwona, że się bałem, że hydraulika zabili. A tak poważnie to są problemy z rachunkami. Ceny strasznie idą w górę. A 160 dzieci jednak trochę tej wody zużywa. Wiara góry przenosi. Wokoło pełno naprawdę wierzących ludzi. Będzie dobrze.
Dziś ładnie wieje. Wyciąłem 3 krzaki (ale mnie małpy w lesie przestraszyły!) i wreszcie znalazłem odpowiednie gałęzie. Siedzę przed domkiem i obdzieram je z kory. Przychodzą chłopaki. „Ojciec, co robisz?” Odpowiadam zgodnie z prawdą: „Latawiec.” Oglądnęli mojego pogromcę przestworzy: „Eee, będzie za ciężki.” Dotknęło mnie to: „Za ciężki?! Haha! Zobaczycie!” Po 15 minutach chłopaki mieli gotowe 2 latawce. Biegają po polu i się cieszą. Latają wysoko. A mój latawiec leży w kącie. Nie poleciał. Za ciężki, czy co?
 

    

No to mamy 12 nowych chrześcijan. Jam to uczynił! Czyli: pierwszy raz w Afryce chrzciłem! Się poczułem jak jakiś misjonarz z książki! Maluchów z naszego sierocińca przerobiłem na rodzeństwo Pana Jezusa i nawet się obeszło bez płaczu. Bez wielkiego płaczu...
Oto kilka zdań o czymś co przeżyłem. Bardzo przeżyłem. Czasami bardzo się dziwiłem, czasami wkurzałem, czasami zachwycałem. Bardzo krótko jestem w Afryce, może dlatego czasami bardziej niż języka nie rozumiałem pewnych zachowań. Ale ponieważ jestem tak krótko przyjmowałem to jako lekcję. Zimbabwiańską lekcję udzielaną przez Zimbabwiańczyków Europejczykowi.
Jak wyjeżdżałem nikt nie płakał. Ale coś czuję, że jak tam znowu przyjadę to się będą maluchy cieszyć.

....

   
Władza dla władzy

http://www.medianet.com.pl/~naszapol/0513/0513pali.php - artykul pochodzi z tygodnika Nasza Polska, zamieszczony zostal tutaj bez pytania - PRZEPRASZAMY! - napisany przez Jacka Palkiewicza www.palkiewicz.com po pobycie w Zimbabwe, zdjęcia: Rafał Sojka, Maciej Malicki, arch. red.

 

81-letni wódz Zimbabwe, Robert Mugabe niespełniony autor afrykańskiego socjalizmu, nie odda władzy przez kolejne trzy lata. Kraj pogrąża się w biedzie i chaosie.


Władza dla władzy
Żar spadający z nieba obezwładnia i paraliżuje ruchy. Wokół bujna, soczysta zieleń, jaskrawe słońce i przezroczyste powietrze. No i zapach: oszałamiająca woń kwiatów frangipani. Kolejna granica na afrykańskim kontynencie i wciąż ten sam rytuał. Oficer biorący do ręki paszport przeszywa badawczym spojrzeniem. Następnie bezmyślnie kartkuje wszystkie stronice dokumentu w jedną i drugą stronę. Beznamiętna twarz, żadnej reakcji i tylko wyczuwalnie nieprzychylna atmosfera.
 

    

Robert Mugabe, marksistowski dyktator niszczacy Zimbabwe

Na początku lat 70. zachorowałem na Afrykę i w ciągu następnych lat poznałem ją całą, zachwycając się jej surowym pięknem, głęboką ciszą, magicznym nastrojem czy apokaliptycznymi zachodami słońca. Z czasem z tej choroby się wyleczyłem. Czarny Kontynent, którym byłem zafascynowany, dziś już nie istnieje. Pogrążył się w głębokim nieodwracalnym kryzysie i na zawsze zatracił swój dawny romantyczny obraz. W wyniku dekolonizacji wybuchły okrutne wojny etniczne i krwawe zamachy stanu, narodził się terroryzm i piekło uchodźców, pojawiły się groźne epidemie i klęski głodu.
Mugabe, czyli początki dyktatury socjalizmu
Wjeżdżam do Zimbabwe, kiedy byłem tutaj ostatni raz kraj nazywał się Południową Rodezją. Żyło się tu dostatnio, miasta były czyste i dobrze utrzymane. Funkcjonował przemysł wydobywczy i nowoczesne plantacje. Uprawiano kukurydzę, której nadwyżki sprzedawano w krajach ościennych. Dzisiaj jest zupełnie inaczej.
18 kwietnia 1980 r. nadeszła niepodległość. Dawna, biała Rodezja stawała się czarnym Zimbabwe, świat patrzył z optymizmem na te narodziny. - Dostałeś w ręce klejnot Afryki, teraz musisz się o niego troszczyć, powiedział prezydent Mozambiku Samora Machel Robertowi Mugabe, podczas ceremonii proklamowania Zimbabwe. Nowy prezydent zapewnił swojego kolegę, że wyciągnie wnioski z niepowodzeń państw afrykańskich, które odzyskały niepodległość 20 lat wcześniej. Mówił o pojednaniu i wspólnym rozwijaniu kraju. Biali podeszli do tych obietnic z rezerwą i dwie trzecie z nich natychmiast opuściło kraj.


Mugabe cieszył się jednak dobrą reputacją i popularnością miejscowych, którzy uważali go za nadzieję i wzór do naśladowania dla reszty Afryki. Syn wiejskiego cieśli, niezwykle bystry, inteligentny i mądry, miał za sobą szkołę misyjną i uniwersytet, ale przede wszystkim lewicowe marsksistowsko-leninowskie wykształcenie, zdobyte na renomowanych uczelniach Europy Zachodniej, które niebawem miało zaowocować. Na początku wszystko szło dobrze, kraj rozwijał się szybciej niż za rządów białych, świat zniósł międzynarodowe sankcje wprowadzone jeszcze w 1965 r., poszerzono dostęp do edukacji i służby zdrowia W dwa lata później jego intrygi doprowadziły do wojny etnicznej. Słynna Piąta Brygada, ekspedycja karna wyszkolona przez północnokoreańskich instruktorów, doprowadziła wtedy do masakry prawie 20 tysięcy Matabelów. Pyszny, nieufny z natury i oderwany od rzeczywistości murem dworzan, Mugabe z bohatera ludowych pieśni stał się uosobieniem wszystkich wad i przywar afrykańskich satrapów. Znany, uświęcony rytuał, czyli afrykański model socjalizmu rozwijał się w kierunku dyktatury, destrukcji i wszechobecnej korupcji. Kraj pogrążał się nędzy.
 

    

Wiesniacy z prowincji Bulawayo klepia biede, podczas gdy Mugabe bierze slub za 6 mln dolarow

.

Pupil Mugabego, ps. Hitler
W lutym 2000 r. rozpoczęła się akcja okupowania przez weteranów partyzanckiej wojny z rasistowskim rządem w ówczesnej Rodezji Południowej, białych farm wysokoproduktywnych gospodarstw, które stanowiły jeden z filarów gospodarki kraju. Dowodził nimi Chenjerai Hunzvi, porównujący siebie do Jezusa Chrystusa i Che Guevary. Watażka, noszący ciepły przydomek "Hitler", zachowywał się z pewnością siebie charakterystyczną dla afrykańskich elit wykształconych w Europie. Nienaganny garnitur, złota bransoletka, pierścionek z brylantem. Studiował medycynę w Polsce i ożenił się z polską damą, która jednak nie wytrzymała długo u jego boku i dzięki pomocy rodzimej ambasady zbiegła do kraju. Pupil Mugabego, który był oskarżany o liczne malwersacje, nigdy nie stanął przed sądem. Zmarł na AIDS trzy lata temu.

Wyrzucanie i mordowanie białych farmerów
Kampania terroru i zastraszenia wśród białych, uznawanych przez czarną ludność za marionetki rządu brytyjskiego, rozwijała się przy cichym poparciu Mugabego, dla którego była świetną okazją do rozprawy z czarną opozycją, która rzekomo zdradziła kraj na rzecz białych. Na dobrą sprawę dla prezydenta akcja wywłaszczania nie była niczym innym niż sprawiedliwym gniewem ludu, swoistą zemstą dziejową za grzechy Cecila Rhodesa, który 100 lat temu zawładnął ich ziemie. W maju 2002 r. rząd wydał nakaz dla ponad 3 000 z 4 700 białych farmerów dobrowolnego opuszczenia majątków ziemskich. Ci, którzy się sprzeciwiali wylądowali w więzieniu, byli torturowani, gwałceni, niektórych zamordowano. Nie było wyjścia. Spakowało się także wielu, których nie było na liście persona non grata.

Po wywłaszczeniach ziemia poszła dla "kacyków"
Ziemie nie trafiały jednak do bezrolnych, tak jak obiecywał prezydent, lecz do zasłużonych działaczy partyjnych Komitetu Centralnego i Biura Politycznego. Farmy wymagają fachowych rąk do pracy, potrzebują ludzi z inicjatywą, pracowitych miłujących ziemię. Nowi właściciele nie potrafili na niej pracować, nic dziwnego, że coraz częściej spotyka się dziś farmy zdewastowane i porzucone. Żyzne ziemie stały się odłogiem, a tysiące miejsc pracy w rolnictwie zostało utraconych.
 
    

Imponujacy wodospad Victorii juz nie przyciaga turystow

.

Fala wywłaszczenia obszarników to dramat dla kilku tysięcy rodzin białych farmerów, które od pokoleń gospodarowały na tych terenach. Zostawiły w Zimbabwe nie tylko dorobek całego swojego życia, ale i groby swoich przodków. Prawie wszyscy liczyli do ostatniej chwili, że coś się zmieni, że nie będą zmuszeni emigrować w nieznane i rozpoczynać życia od zera. Szczęście uśmiechnęło się do czterystu rodzin, którym łaskawie pozwolono jeszcze pozostać. Ale na jak długo? Kiedy powrócą aby palić domostwa, dokonywać samosądów?

Lud klepie biedę, a Mugabe bierze ślub za 6 milionów dolarów
Od czterech lat, niegdyś jeden z najbardziej rozwiniętych i najlepiej zorganizowanych krajów Trzeciego Świata, stał się stopniowo jedną z wysp archipelagu nędzy, gdzie na co dzień dochodzi do łamania podstawowych praw człowieka. Ta przemoc i terror ściągnęły na Mugabe potępienie całego świata. Skandalem nazwały kręgi opozycyjne ślub prezydenta ze swoją byłą sekretarką, piękną Grace Marufu, na który wydano 6 milionów dolarów. 31-letnia pani młoda miała 41 lat mniej od swojego męża. Wśród 20 tysięcy gości obecni byli m.in. Nelson Mandela i wielu prezydentów afrykańskich. Na uroczystości odczytano depeszę gratulacyjną od Jana Pawła II. W ciągu krótkiego czasu pani prezydentowa stała się szarą eminencją reżimu.
 
    

Safari bylo jeszcze do niedawna glownym zrodlem wplywow z turystyki. Terror Mugabe skutecznie to zlikwidowal.

.

Krucjata antykościelna
Stary komunista Robert Mugabe, który biorąc ślub kościelny kończył wojnę z Kościołem katolickim, podczas ingresu nowego arcybiskupa Harare w sierpniu ub. roku, oskarżył Kościół katolicki o współpracę z kolonialistami. - Kościelni hierarchowie idą ręka w rękę z byłymi kolonialistami w rzucaniu oszczerstw i demonizowaniu Zimbabwe, obwinił prezydent, który lubi z zaciśniętą pięścią pokrzykiwać o wrogach, sabotażystach i walce aż do zwycięstwa.
W homilii wygłaszanej przez arcybiskupa Roberta Ndlovu padły między innymi słowa o tym, że obowiązkiem biskupa jest obrona godności i praw człowieka. - Sytuacja między Kościołem a państwem jest w Zimbabwe coraz bardziej napięta - mówi misjonarz werbista ojciec Maciek Malicki. - Niecały rok temu rząd ogłosił plany restrykcyjnej polityki wobec międzynarodowych organizacji pozarządowych, w tym także instytucji dobroczynnych zaangażowanych na rzecz Kościoła.

Nie wyjeżdżajcie do Zimbabwe!
31 marca w Harare odbędą się wybory prezydenta. Europejskie ministerstwa spraw zagranicznych ostrzegają swoich obywateli przed wyjazdem do tego kraju. Nie wyklucza się, że mogą mieć miejsce zamieszki polityczne wywołane przez agresywne bojówki.
Ostrzeżenie jest właściwie sobie a muzom. Podczas gdy jeszcze w 2002 r. kraj odwiedziło ponad 2 miliony obcokrajowców, zostawiając pół miliarda dolarów, w ostatnich dwóch latach burza polityczna wypłoszyła cudzoziemców. Wiele komfortowych lodge i hoteli świeci pustkami. Nawet kamienny kompleks Wielkiego Zimbabwe, pozostałość po zagubionej w czasie cywilizacji, nie przyciąga podróżników. Szczątkowy ruch obserwuje się tylko na Victoria Falls, najwspanialszym wodospadzie kontynentu, leżącym na granicy z Zambią. Poza tym rejonem turystów nigdzie nie widać.


- Ze względu na niepewne czasy przestali też przyjeżdżać bogaci myśliwi, kultywujący złotą legendę romantycznego safari - zauważa Claudio De Leo z Jingle Bells Lodge. Zimbabwe zawsze było jednym z najlepszych miejsc na taką przygodę, znanym z dobrych hoteli i wzorowej organizacji polowań. Przede wszystkim jest tu dużo zwierzyny zapewniającej rekordowe trofea, a wiadomo, że myśliwi polują nie tylko dla własnych przeżyć i wspomnień, ale także dla zdobycia szczególnych trofeów. To właśnie tu była zawsze zapewniona wielka piątka (słoń, bawół, nosorożec, lampart, lew), obiekt pożądania myśliwego, a zarazem niekłamana groza.

Państwo tyranii
W Zimbabwe, określonym ostatnio przez rząd Stanów Zjednoczonych jako jedno z sześciu najbardziej tyranizowanych państw na świecie, dominuje złudny spokój. W Harare nie widać nawet charakterystycznego dla wielu miast afrykańskich zgiełku muzyki, mrowia ludzi czy korków samochodowych. Miastu, zbudowanemu w stylu europejskim, dodają koloru fiołkowe jaccarandy i kaskady bougainville. Jedynie wzmożone policyjne kontrole dokumentów i bagaży na rogatkach miast świadczą o stanie podwyższonego pogotowia.


81-letni, cyniczny kacyk, któremu pozazdrościć można sprawności umysłu i pamięci, kurczowo trzyma się tronu i nie przebiera w środkach aby pozostać przy władzy. Potrafi świetnie zjednać sobie elektorat. Obdziela ważnymi stanowiskami i posiadłościami ziemskimi różnych regionalnych watażków, wykorzystuje jako broń polityczną pomoc żywnościową napływającej od międzynarodowych organizacji charytatywnych. W stosunku do zwolenników opozycji nie gardzi tradycyjnymi metodami represji, zastraszenia, gwałtu czy korupcji. - Tak jak odbyło się to w latach 1987, 1996 i 2002, tak i tym razem do urn idzie się aby wybierać prezydenta Mugabe. Nawet opozycja nie wierzy w inny scenariusz. Nie obędzie się oczywiście bez wyborczych machlojek, tak jak to już miało miejsce w 2002 r. - mówi jeden z dyplomatów europejskich w Harare.


Mugabe, popierany przez swoich zaufanych partnerów z RPA i Nigerii, czuje się nad wyraz silny. Swoim przyjaciołom obiecał, że odda władzę w 2008 r. i oni mu zawierzyli. - Nie może oszukać RPA - uważa włoski misjonarz, od kilkunastu lat wrośnięty w miejscowe realia - w przeciwnym przypadku Pretoria zamknęłaby mu wszystkie kurki, poczynając od wszelkiej pomocy militarnej, części zamiennych dla parku maszyn w armii, po zamrożenie kapitałów, które są podstawą egzystencji kraju.
24 lutego prezydent zamknął kolejny niezależny dziennik "Weekly Times" w Bulawayo, na południu kraju. To już czwarta gazeta, która przestała się ukazywać się w ciągu dwóch ostatnich lat.
W tym czasie Mugabe, świętując swoje urodziny, skierował ciężki atak w stronę Wielkiej Brytanii, eksmatce ojczyźnie kolonii Zimbabwe. Oskarżył premiera Blaira, swój ulubiony obiekt szyderstw, o to że wierzy on w to, że posiada nadzwyczajną moc boską, pozwalającą narzucać swoją wolę Wielkiej Brytanii, a także i Zimbabwe. - 31 marca musimy pogrzebać raz na zawsze - zapowiedział - tak pana Blaira, jak i banderę angielską i napisać na płycie nagrobkowej: "Tu spoczywa imperializm brytyjski ostatnich czasów. Nigdy się już nie odrodzi".
 
    

Cytadela Wielkiego Zimbabwe

.

Nie ma szans na demokrację
W końcu lutego br. ministrowie zagraniczni UE zdecydowali przedłużyć w stosunku do Zimbabwe, aż do 20 lutego 2006 r., środki ograniczające za pogwałcanie praw człowieka. Embargo dotyczy zakazu sprzedaży broni i wjazdu do UE funkcjonariuszy reżimu, oraz zablokowanie ich zagranicznych kont bankowych. Mugabe przełknął gorzką pigułkę i dał odczuć, że ten środek nacisku politycznego wcale go nie przeraża.
W dzień później, aby przekonać świat o wolnych i uczciwych wyborach, zrobił krok o sporym wydźwięku propagandowym: zaprosił na 31 marca obserwatorów z 32 krajów, aby umożliwić im monitorowanie prawidłowego funkcjonowania ordynacji wyborczej. Zdecydowana większość przyjedzie z Afryki, ale nie brakuje też gości z Azji, Ameryki Łacińskiej i z Rosji. Europa i Stany Zjednoczone zostały wykluczone. Mugabe nie był już tak hojny w stosunku do dziennikarzy. Wizy będą dla nich przyznawane po jego osobistej decyzji.


Polski ambasador w Harare, Jan Wieliński, głęboki znawca tego regionu Afryki, potwierdza moje informacje. W kraju o tak silnej dyktaturze, policja i siły zbrojne nie dadzą żadnych szans dla rozwinięcia skrzydeł stosunkowo bezbronnej i mało zorganizowanej opozycji. Te wybory pozwolą przesiedzieć Mugabemu na tronie do 2008 r. Takie jest zresztą cicha zmowa z przywódcami RPA i Nigerii, które postanowiły jeszcze przez trzy lata przymknąć oko na fanaberie ich przyjaciela.
Joseph, młody pisarz z Bulawayo przypomina miejscowe przysłowie o pływach morskich, które świetnie oddaje obraz kraju: - Gdyby Mugabe potrafił wykorzystać przypływ niepodległości, Zimbabwe miało szansę stać się modelem Afryki. Ale tego nie uczynił i teraz odpływ, niczym potworna cofająca się fala tsunami, ciągnie kraj w koszmarne głębie.

 
..
..
 

ZIMBABWE © MISJONARZE SLOWA BOZEGO